JEŹDŹCY APOKALIPSY DOCIERAJĄ DO ZABAWY

image_pdfimage_print

Lesław Czapliński

„Jeźdźcy Apokalipsy docierają do Zabawy”

„Zerwany kłos” o błogosławionej Karoliie Kózkównie firmowany jest przez Telewizję Trwam, fundację Lux Veritatis i Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Przed wojną podobne filmy, na przykład o świętej Bernadetcie, wyświetlano na ogół w kinie Świt, dzisiejszej Filharmonii Krakowskiej.
Film jest naiwnym żywotem świętej, ale nie w sposób zamierzony. Akcja ujęta zostaje w cztery rozdziały: „Barbarzyńcy w ogrodzie”, „Lusterko Teresy”, „Spustoszona winnica” i „Zerwany kłos”, zapowiadane przez uproszczone plansze graficzne.
Wyobrażałbym go sobie raczej jako rodzaj ludowej ballady w stylu wczesnego Szulkina z „Oczu urocznych” czy „Dziewczęcia z cziortem”. A może bruegelowskiego „Młyna i krzyża” Lecha Majewskiego? Wtedy mógłby się obronić artystycznie. Skądinąd podtarnowska Zabawa z drugiej dekady XX wieku ukazana jest niczym wioska ze skansenu, z czego, akurat, nie czyniłbym zarzutu.
Jego słabość bierze się zapewne z wątłości biografii bohaterki  , która zginie w wieku niespełna siedemnastu lat, a życie we wspomnianej wiosce nie odznaczało się niczym szczególnym, dopóki przez jej okolice nie przetoczy się front I wojny światowej. Ale wzorem opowieści Tarkowskiego o Andrieju Rublowie czy Paradżaniana o Sajat Nowie można było spróbować przywołać postać poprzez pryzmat jej środowiska, a także okrucieństw czasu wojny. Temu ostatniemu, być może, wychodzi naprzeciw ukazanie wałęsających się po okolicy przez cały film rosyjskich żołnierzy, przedstawionych bardziej jako banda maruderów niż regularna armia. Carscy żołdacy z twarzami stale umorusanymi krwią i mówiący dziwnym volapükiem, ni to rosyjskim, ni to ukraińskim, co jest swoistym horrendum, jeśli zważy się, że w imperium Romanowów był on zakazany emskim edyktem, raczej nie należą do planu realistycznego. Sprawiają wrażenie bestii, które wychynęły z piekielnych wizji Boscha, by ogłosić nastanie czasu Apokalipsy. Zresztą na pagonie zabójcy Karoliny   rysuje się dziwny znak, mogący kojarzyć się z tryzubem. Czyżby zatem film budzić miał głównie antyukraińskie resentymenty? Zresztą, podobnie jak w „Wołyniu”, rozwiązana jest sekwencja gwałtu na Teresie, wytykanej potem przez wiejską społeczność i znajdującą zrozumienie jedynie u Karoliny, a stanowiącego prefigurację zabójstwa tej drugiej i być może stanowiącego dla niej przestrogę przed podzieleniem losu tamtej? A mianowicie jej rozpaczliwej ucieczce towarzyszy odprawianie nabożeństwa przez miejscowego księdza  , co można odczytać jako milczenie Boga i zgodę na wojenne okrucieństwa, obojętność dla losu kobiet, będących często ich głównymi ofiarami?
Nawiązaniem do rosyjskiej tradycji jest natomiast pojawienie się Cyganów w obozowisku najeźdźców, swawole z którymi montowane są na przemian z pościgiem, niczym za zwierzyną, jednego z żołnierzy  za przechodzącą mimo wspomnianą Teresą.
Mankamentem filmu jest zbyt rzucający się w oczy montaż i źle skoordynowane jazdy kamery z ruchem postaci w kadrze we wspomnianej sekwencji ucieczki, a przede wszystkim przerysowanie postaci w stronę alegorii i nieporadne aktorstwo, oparte na papierowych wypowiedziach protagonistów. Dlatego największe wrażenie wywiera ta sekwencja, gdy wspomniana Teresa nosi się z zamiarem popełnienia samobójstwa, któremu rozpaczliwie stara się zapobiec Karolina, a ograniczająca się wyłącznie do obrazu, któremu towarzyszy muzyka  . Posiada ona nieco deliryczny charakter, podobnie jak rozgrywająca się z kolei na pograniczu jawy i snu rozmowa Karoliny z ojcem  , utrzymana w monochromatycznej tonacji, a przywołująca czasy gdy zgoda panowała w Sielance, przepraszam w Zabawie.
Ale dwie apoteozy graniczą już z kiczem. Pierwsza, gdy ojciec, który nie potrafił jej obronić, kroczący w kondukcie pogrzebowym w jesiennym krajobrazie, doznaje wizji uświęconej córki pośród letnich, pszenicznych łanów  , przy czym to nie koniec, bo postać Karoliny Kózkówny pojawia się ponownie na tle ujęć ze współczesnego Krakowa, by stanąć ostatecznie przed oknem papieskim przy Franciszkańskiej.
W odniesieniu do tego filmu można zastosować słynną anegdotę o Styce, który, wykonując na kolanach polichromię pod kościelnym stropem, usłyszał znienacka głos Pana Boga: „Styka, ty nie maluj mnie na kolanach, ty maluj mnie dobrze”. Jest on przeznaczony jedynie dla wierzących, innym nie pozwoli dotknąć głębi ich przeżyć.
Hagiograficzne podejście na ogół nie służy przedstawieniu fenomenu świętości jako nieprzeciętnej, a często i niepokornej osobowości. Zazwyczaj najlepiej udaje się go uchwycić ateistom: Rosselliniemu w filmie „Kuglarz boży” o świętym Franciszku czy Pasoliniemu w „Ewangelii według M-ateusza” w odniesieniu do postaci Jezusa. Nie mówiąc o najlepszym z nich – „Siódmym pokoju” Márty Mészáros o Edycie Stein – w którym doświadczenie transcendencji nie przybiera słownych egzaltacji, lecz ukazane zostaje w formie obrazowej, w równej mierze mogąc być przejawem sfery nadprzyrodzonej, co posiadać w pełni racjonalne wyjaśnienie. Co więcej, trudno też na jego podstawie jednoznacznie orzec, czy autorka jest osobą wierzącą, czy nie, albowiem zręcznie się ukrywa za postacią swojej bohaterki.

„Zerwany kłos”. Scen. i reż. Witold Ludwig. Zdj. Julian Kucaj. Muz. Krzysztof Aleksander Janczak. 2016. Obejrzane w kinie MIKRO dzięki uprzejmości p. Iwony Nowak.

, przecinek [wiersz wideo]

image_pdfimage_print

 

, MARZY O CZYSTYM ZNACZENIU

,

Leży, w, zamkniętym, naczyniu,

Nocy,

I, myśli, o, składni, pojemnika,

W, którym, przyszło, mu, żyć,

Niestety,

Mówi, gwiazdom,

Zawieszonym, na, poręczach,

Ekranu, laptopa,

O, moim, kołataniu, mózgu,

Wiedzą, tylko, zaspane, piksele,

One, milczą, osobnym, blaskiem,

I, mają, w, pogardzie, życie, przecinka,

A, ja, mówię, złamanym, jak, iskra,

Podmuchem, świata,

 i, pojawiam, się, w, samym, sercu,

Myśli,

O, rozdzieleniu,

Pajęczyny, znaków,

Które, świecą, życiem,

Zawiniętym, w, skórę,

Od, fleszy, znaczeń,

 Jak, stare, wino,

Tkających, moją, pieśń,

Przecinek,

Bohater, przestworzy, Księgi,

Skromny,

I, usłużny,

Na, miarę, swych, gabarytów,

Zasypia, na rzęsach, poety,

Nie, powie, już, nic,

 

Niebieski do Mony Lisy

image_pdfimage_print

Niebieski do Mony Lisy

Niebieski teraz zrozumiał

Mona Lisa puszcza oko właśnie

D o  n i e g o

Jej uśmiech koi wzrok

Spogląda na widokówkę

Przysłaną przez kolegę z klasy

Mona Lisa czaruje każdego

Kto pragnie ją posiąść

A ty jesteś jednym z wielu

Co wpadli w jej sidła

Niebieski niestety nie wierzy

Niebieski uśmiecha się do modliszki

Zawróciła w głowie wielu

Lecz jemu to nie przeszkadza

Niebieski czuje

Że miłość wybiera tylko tych

Co mają wizję

Co wizję składają ze złudzeń

I zapachu poniżonych słów

I śmiechu na jej wąsach

 

Komputer czyta wiersz. Kliknij na link powyżej 🙂

TW Dziwadło@tw_dziwadlo

image_pdfimage_print

TW Dziwadło@tw_dziwadlo

 

Zanim powiem wam pa pa,

Spójrzcie na tego typa:

Dyć dobrze mową miele

Na każdej mszy w niedzielę.

TW Dziwadło@tw_dziwadlo

Jak trzeba zdatnie klęczy,

Od poczęcia…  już jęczy,

Bych misja fundamentna

Była bardziej ponętna.

TW Dziwadło@tw_dziwadlo

Dziwadła knują spiski,

Na nich kieruj pociski.

Ich jęk słychać się zdało,

Aż w dalekim Bilbao.

TW Dziwadło@tw_dziwadlo

Lekcję dziecku zadajmy:

Słuchaj zawsze ferajny

Szefa. Nie bój się czystek

I brzydkich empirystek.

Ja-Najwyższy@ja_najwyzszy

image_pdfimage_print

 

 

Ja-Najwyższy@ja_najwyzszy

Ja wiem, najlepiej się znam,

Wszytkim głoszę prawdę sam,

Wroga trza namalować,

Potem dobrze rychtować.

 

Ja-Najwyższy@ja_najwyzszy

Jam jest wielki, jam duży,

Świat się we mnie durzy.

Pokażcie mi prałata,

Co zbawił pół świata.

 

Ja-Najwyższy@ja_najwyzszy

Pokory was nauczę,

Brzuszki potem podtuczę.

Kto zechce mnie okiwać,

Pozna co baba cnotliwa…

 

Ja-Najwyższy@ja_najwyzszy

Ja Najwyższy, rozumiem,

Wyląduję jak umiem,

Dam ci butelkę rumu,

A dobrze mnie ekshumuj.

NA CO CI BYŁO?

image_pdfimage_print

Lesław Czapliński

Na co ci było?”

Zwodzić mnie biedną”, z takim pytaniem zwraca się Halka do Jontka. Podobne można by postawić reżyserowi Cezaremu Tomaszewskiemu w związku z jego inscenizacją wileńskiej, pierwotnej wersji „Halki” Stanisława Moniuszki, wystawionej w ramach „Opera rara”.

Omawiany spektakl Opera rara rozpoczyna się od apelu widm, ale nie tych Moniuszkowskich według Mickiewiczowych „Dziadów”, lecz z udziałem śpiewaczki Marii Fołtyn, wyciągającej z grobu swego ulubionego kompozytora Stanisława Moniuszkę  , by objawić go światu. Nuci przy tym dumkę Jontka „Szumią jodły”, bo jej publiczność nie usłyszy tego wieczora, skoro będziemy obcować z pierwotną, wileńską wersją opery Moniuszki. Potem rozlegnie się jej nagranie arii Toski „Żyłam sztuką, żyłam miłością”. Można się było zatem spodziewać, że będzie to przegląd martwych operowych sztamp jako teatralnych upiorów, zwłaszcza że na koniec I aktu podniesie się zasłona w głębi sceny i ukażą się nagrobki nieśmiertelnych operowych heroin: obok Halki  , Gildy, Violetty, Manon Lescaut, Lulu, Butterfly i wspomnianej Toski, które, niczym świadkowie z zaświatów, pozostaną już do końca przedstawienia  . Z kolei przez cały czas trwania drugiego aktu, rozgrywającego się jakby w barze pod ogromnymi wargami lub waginą, w zależności od tego, co się komu kojarzy, pojawia się ona za jego ladą w tle, w tradycyjnym, góralskim kostiumie Halki, będąc niemym i bezsilnym obserwatorem tego, jak z jej ulubioną operą, wielokrotnie przez nią wystawianą w różnych świata stronach, poczyna sobie reżyser   ? Można się też zastanawiać, czy z faktu, że w roli Moniuszki obsadził on Sebastiana Szumskiego  , wykonującego potem partię Janusza, wynosić należy, że traktuje tę operę jako projekcję wyrzutu sumienia jej autora po uwiedzeniu jakiejś białoruskiej dziewczyny, co pruderyjni biografowie skrzętnie ukrywają?

Przydługa przedakcja sprawia, że gdy powoli schodzą się orkiestrowi muzycy i rozpoczyna się właściwa opera, widz jest już nieco przynudzony i jego zainteresowanie zdołało się ulotnić.

Ludwik Prochazka, praski recenzent po czeskiej premierze „Halki” pod dyrekcją Fryderyka Smetany, niepomny przypadków Łucji Donizettiego czy Elwiry Belliniego, stwierdzał: „Wydaje się nam rzeczą ryzykowną osobę obłąkaną, a taką Halka okazuje się niedługo po rozpoczęciu akcji, robić bohaterką opery. Wątek dramatyczny ustępuje z konieczności wątkowi patologicznemu”.

Autor omawianej inscenizacji zdaje się podążać tym właśnie tropem. W ten sposób powstało „Męczeństwo i śmierć góralki Halki, wystawione przez śpiewaków przytułku w Skolimowie przez pana Cezarego Tomaszewskiego”.

Od początku Halka wydaje z siebie różne odgłosy i przybiera odbiegające od normy zachowania, potwierdzając chorobliwy stan swego umysłu (salto przez głowę w trakcie pieśni „Jak mój wianuszek zwiądł potargany”). Pod koniec aktu zostaje wypędzona z dworu Cześnika (poprzednika Stolnika z wersji warszawskiej), ale przedtem rozebrana, oblana jakąś cieczą i obsypana pierzem (jak postępowano w przeszłości z artystami, których sztuka nie zyskała uznania publiczności), co prowadzi do jej psychicznej metamorfozy, kiedy w następnym akcie utożsami się z ptakiem.

W inscenizacji Cezarego Tomaszewskiego anihilacji uległy postacie, sytuacje, a także akcja w potocznym rozumieniu. Wszystkie one uległy daleko idącej dekonstrukcji.

W rezultacie brak i żywszych wzruszeń, mimo że jest to melodramat. Zastąpiły je gagi i pomysły reżyserskie. Mniej lub bardziej trafione, lub całkowite niewypały. Nadmiar zadań aktorskich (Jontek z transporterem dla małych zwierząt w ręce czołgający się pod fortepianem) graniczy z chaosem, a ten, wiadomo, szybko się opatruje i staje się nużący.

Finałowe topienie Halki przez Jontka, zanurzającego jej głowę w wanience do kąpieli niemowląt należy zaliczyć do szczęśliwszych, mimo że ulatnia się jego genderowy ante litteram wizerunek, stworzony przez Wolskiego (librecistę) i Moniuszkę, a więc postaci współczującej, a zastępuje bardziej zgodny dziewiętnastowiecznymi realiami stanowymi, skoro swój odwet kieruje przeciwko dziewce, która go zdradziła, a nie jej szlacheckiemu uwodzicielowi. Nie budziło też mojego sprzeciwu, kiedy Zofia, szlachecka narzeczona Janusza, po swoim udziale w ansamblu zajmuje się przed toaletką przygotowaniem weselnego makijażu.

Nawet roztańczony Marszałek (poprzednik Dziemby)  , w pierwszym akcie dodatkowo bawiący się w dyrygenta i w lustrzany sposób naśladujący tego rzeczywistego, Jana Tomasza Adamusa, tym razem występującego w długiej, szpakowatej peruce  .

Inne pozostają w nienajlepszym guście, jak pokraczna balerina w czarnej klasycznej paczce nałożonej na body, czy zdejmowanie butów przez weselnych gości  , potem tworzących taneczny wąż, a w następnym akcie na powrót je zakładający (czy są to wiejskie obyczaje weselne – nigdy nie byłem na takiej uroczystości i wiedzę na ten temat czerpię jedynie z filmu Smarzowskiego). Gorzej z krzykami, wydawanymi przez postacie: przerażenia ze strony Zofii, nieskoordynowane Halki, które zakłócają przebieg muzyki. O ile tego rodzaju efekty uchodzą w teatrze dramatycznym, to w operowym zupełnie się nie sprawdzają, ponieważ muzyka, w zestawieniu ze swoją doskonałością natychmiast obnaża miałkość towarzyszącej jej wizji scenicznej. O tym, jak może ona zabrzmieć, kiedy nie zakłóca ją od natrętne ogrywanie, można się było przekonać w wolnym ustępie duetu Halki i Janusza „Znowu nam szczęście i raj”.

Spośród śpiewaków duże wrażenie wywarła Natalia Kawałek – Plewniak. Ciemny, mocny sopran w pełni ją predestynuje do wykonawstwa tej partii. Radziłbym jedynie skupić się nad dopracowaniem większej precyzji w realizacji tekstu muzycznego. Ma pełne zadatki na stanie się wybitną odtwórczynią tej postaci.

Z jak najlepszej strony dała się poznać Małgorzata Rodek jako Zofia, która w tej wersji ma o wiele więcej do zaśpiewania i to z koloraturami.

Jakub Pawlik dysponuje zbyt lekkim tenorem jak na partię Jontka, zwłaszcza że w tej wersji była ona przeznaczona na głos barytonowy, zaprzyjaźnionego z kompozytorem i osiadłego w Wilnie włoskiego śpiewaka Józefa Napoleona Bonoldiego.

Wileńska wersja „Halki” jest nie tylko krótsza, ale częściowo różni się od ostatecznej redakcji warszawskiej. Na dodatek sięgnięto do instrumentów historycznych, ale dekoncentracja uwagi ze względu na inscenizację sprawiła, że trudno było się na nich skupić. W związku z tym powziąłem nawet podejrzenie, że może Cezary Tomaszewski podjął się reżyserii z nienawiści do opery w szczególności, a muzyki w ogólności, gdyby nie fakt, że wprowadził na scenę siebie samego sprzed kilkudziesięciu lat jako Czarka operomaniaka – w tej roli wystąpił syn prowadzącego orkiestrę – Filip Adamus, który nadto wykazał się najlepszym opanowaniem dykcji spośród wszystkich wykonawców.

A zatem możemy pokładać nadzieję w nowym, dorastającym pokoleniu artystów!

KOBIETA, KTÓRA PRZYWRÓCIŁA POLAKOM CIELESNOŚĆ

image_pdfimage_print

Lesław Czapliński

Kobieta, która przywróciła Polakom ich cielesność”

Czy, jak mawiano w melodramatach, radość z czynienia zadość zmysłom.
Bieżąca akcja filmu Marii Sadowskiej ogniskuje się wokół perypetii związanych z wydaniem tytułowej „Sztuki kochania”  Michaliny Wisłockiej  (postaci użyczyła jej Magdalena Boczarska  ), głównego dzieła jej życia, które przynieść jej miało rozgłos, a może nawet i nieśmiertelność? Inkrustują ją retrospekcje sięgające do czasów wojny, dzięki którym poznajemy pewne fakty z życia tej słynnej ginekolożki, choć o samej osobie nie dowiadujemy się zbyt wiele. Nawet powodu noszenia charakterystycznych chustek – spytana o to przez jedną z postaci, wyjaśnienie szepce jej na ucho.
Komunizm był równie pruderyjny jak katolicyzm. Zresztą w związku z odmową zgody na wydanie jej książki słyszy w Partii, że nie życzy ona sobie wojny z kościołem (były to już czasy Gierka, zajętego głównie tym, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej i wynikającymi z tego problemami), a kiedy szuka zrozumienia u jednego z jego hierarchów, ten zasłania się obawą konfliktu z władzami.
Po wydaniu inkryminowanej książki, ogłoszona zostanie przez różne środowiska publiczną deprawatorką. Marek Kotański, niegdyś propagujący prezerwatywy jako środek zabezpieczający przed HIV i wciągający jedną z nich nawet na kolumnę Zygmunta, po dokonaniu konwersji, kiedy stało się to opłacalne, wzywał Michalinę Wisłocką do nawrócenia, na co ona trzeźwo zaripostowała, że nie musi tego czynić, bo od urodzenia jest protestantką. Tego z filmu się nie dowiemy, ponieważ problemy światopoglądowe w ogóle nie dają o sobie znać.
Na paradoks zakrawa, że autorka „Sztuki kochania” sama w życiu nie zaznała w niej wiele szczęścia. Naprzód ze swoim mężem, chemikiem Stanisławem Wisłockim (granym przez Piotra Adamczyka, za sprawą nagich ujęć starającego się uwolnić od ciążącego mu emploi papieskiego), pozostawała zarazem w trójkącie z mieszkającą z nimi jej przyjaciółką, potem wiążąc się z żonatym mężczyzną swego życia, marynarzem Jerzym (w tej roli wystąpił Eryk Lubos, który, niczym jakieś nerwicowe natręctwo, wyraża seksualne zainteresowanie za pomocą skrobania się po udzie  ). Na ile były to do pewnego stopnia kompensacyjne fantazje zdaje się wskazywać, że bohaterka wysiada z autobusu pośród mazowieckich pól i łąk, natomiast ośrodek wczasowy, do którego trafia jako lekarz, zlokalizowany w dawnym zamku nad jeziorem, staje się miejscem wyczarowanym jakby z kolorowych snów.
Odnosi się wrażenie, że autorka nie mogła do końca zdecydować się na wybór spójnej stylistyki i gatunku. Czy ma być to film biograficzny, czy też historia luźno i pretekstowo zainspirowana wątkami z życia prototypu bohatera, a może komediowa opowieść z czasów byłego ustroju? Wskazują na to przerysowane sytuacje, postacie i ich zachowania. Dotyczy to na przykład scen z udziałem partyjnych dostojników i rozgrywających się w murach Domu Partii, dziś Giełdy, posiadających zdecydowanie kabaretowy wydźwięk  .
Z jednej strony z niezwykłą dbałością odtworzono rodzajowe realia tamtych czasów, zwłaszcza w odniesieniu do strojów – czyżby na potrzeby filmu specjalnie uruchomiono linię produkcyjną bistoru? Z drugiej na znaczną dozę nonszalancji i dezynwoltury pozwolono sobie w scenach rozgrywających się w czasach okupacji. Co prawda, można by na siłę wywieźć je z tradycji odheroizowanego ukazywania tamtych czasów przez Andrzeja Munka, gdy Wisłocki, zaskoczony podczas kąpieli w rzece naprzód przez dwie dziewczyny, a potem niemieckich żołnierzy, rozładowuje sytuację propozycją wspólnej kąpieli, co przywodzi przed oczy scenę z „Eroiki” tamtego, kiedy pijany „Dzidziuś” moczy w stawie nogi i odrzuca za siebie pustą butelkę, która ląduje na niemieckim czołgu, który niepostrzeżenie nadjechał i którego tenże nie zauważył, a z którego dobiega w odpowiedzi czysto ludzki śmiech. Z kolei homoseksualny esesman, ratujący przed podwładnymi swoją reputację, każąc przyjaciółce Wisłockiej wydobywać dźwięki imitujące orgazm, co ocali całą trójkę przed rozstrzelaniem, kojarzyć się może z podobną postacią z Grochowiaka „Po tamtej stronie świec”. W dalszym ciągu znajdzie on swój karykaturalny odpowiednik w osobie reżymowego wydawcy, granego przez Borysa Szyca. Prawdopodobnie jednak są to interpretacje zbyt daleko idące i reżyserka wcale nie miała takich intencji.
Duża ilość widzów i to w różnym wieku, choć głównie kobiet, żywo reagujących na hipokryzję urzędników zarówno PZPR, jak i Pana B., potwierdza, że Michalina Wisłocka to była potrzebna w Polsce osoba i to bynajmniej niewyłącznie w czasie przeszłym. Niestety!

„Sztuka kochania”. Scen. Krzysztof Rak. Reż. Maria Sadowska. Zdj. Michał Sobociński. Muz. Jimek. 2016. Obejrzane dzięki p. Iwonie Nowak w kinie Mikro.

Elvis Pierwszy Skryba@elvis_pierwszy_skryba

image_pdfimage_print

 

 

Elvis Pierwszy Skryba@elvis_pierwszy_skryba

Czemu, miły, bishopa

Pasłeś, gdy Europa,

Forsę co dzień daje,

Byś zwiedził Hawaje?

Elvis Pierwszy Skryba@elvis_pierwszy_skryba

Hurra! Z wielkim humorem

Zginiemy ad valorem!

Jeśli wojna, to krwawa,

Na cmentarz! Tam buława.

Elvis Pierwszy Skryba@elvis_pierwszy_skryba

Nie wszystko stracone,

Gdy po nas idą one.

Z honorem zagra świta,

Poszoł won! I kwita.

Elvis Pierwszy Skryba@elvis_pierwszy_skryba

Wielka rzecz dać się urżnąć,

A znacznie większa ryknąć

Na bliźniego z honorem,

I zostać dyrektorem.