JAK CZYTAC MALARSTWO?

to tytul znanej i popularnej ksiazki Patricka de Rincka, ktora ukazala sie niedawno w Polsce i stala sie od razu bestselerem zarowno wsrod mlodych amatorow sztuki, jak i profesjonalistow. Duzo o niej slyszalem dobrego, jednak jej nie przeczytalem. Jak zatem pisac o tym, czego sie nie zna? To pytanie jest przedmiotem tej medytacji, w ktorej chcialbym zastanowic sie nad problemem, czy rzeczywiscie mozna myslec o zagadnieniach, w ktorych nie jestesmy kompetentni, nie przeczytalismy bogatej literatury przedmiotu, swiadczacej o madrosci autora i jego erudycji, ktora z pewnoscia przekonala recenzentow, ze ksiazka jest znakomita i dowodzi wysokich kompetencji poznawczych autora, a jej czytelnicy odniosa pozytek z lektury w postaci nowej wiedzy w zakresie wyrazonego w tytule tematu, natomiast sam wydawca bedzie mial poczucie spelnionej misji spolecznej i – przy okazji – zarobi troche grosza. Autor ksiazki, o ktorej pisze, swiadomie igra z potoczna swiadomoscia, ktora zdaje sie zakladac, ze dziela malarskie sie tylko oglada poprzez dany nam przez Stworce zmysl wzroku, dzieki ktoremu podziwiamy badz krytykujemy pewna kompozycje kolorow i linii, ktore artysta naniosl przy pomocy pedzla i palety na kawalek obramowanej przestrzeni pokrytej plotnem. Czy jednak ogladanie nie jest jednoczesnie czytaniem? Takie pytanie zada sobie z pewnoscia czytelnik bardziej wyrafinowany, a Patrick de Rinck zdaje sie naprowadzac go na taki wlasnie trop, zachecajac go do podjecia gry z ksiazka, po ktora chcialby on siegnac, i z wlasnymi przekonaniami o istocie malarstwa, ktore okazuje sie wlasciwie opowiescia przetworzona na pewien kod jezykowy, ktory odbiorca powinien odczytac. Czy taka jest teza uczonego, ktorego dziela nie czytalem? Byc moze sie myle, ale cos w moim mysleniopisaniu jest na rzeczy, z czego nalezy sie posmiac i jednoczesnie nad nim zastanowic.

ZYCIE TO CHOROBA O ZLYM ROKOWANIU, GDYZ ZAWSZE KONCZY SIE ZEJSCIEM SMIERTELNYM

twierdzil C. G. Jung w komentarzu do Tybetanskej Ksiegi Umarlych. Przyznajac, ze zyjemy wlasciwie za krotko, by zrozumiec w pelni wlasny los, i jednoczesnie zbyt dlugo, by nie przypomniec sobie o koniecznosci poszukiwania swojego miejsca na ziemi, nie chce powiedziec, ze jestem sceptykiem wypowiadajacym twierdzenia o daremnosci wszelkich dociekan i przezyc duchowych, ktore uwaza sie czesto za przesade i rojenia chorego umyslu. Wrecz przeciwnie. Uwazam, ze kazdy ma swoja filozofie, wywiedziona z doswiadczenia, ktore prowadzi go do wlasnego rozumienia, przezytego indywidualnie pod surowym i wymagajacym okiem nauczycielki najwyzszych prawd – zycia, co potwierdzali juz starozytni. Do urzeczywistnienia tego stanu umyslu w kulturach Wschodu i Zachodu prowadza adepta nauki zasadniczo rozniace sie od siebie. Wbrew Jungowi jednak uwazam, ze dostrzegamy w nich sprzecznosci poslugujac sie tylko logika formalna. Wydaje mi sie bowiem, ze potwierdzaja sie one nawzajem, lecz myslenie w obliczu wlasnego konca, ktorego nie sposob sie nauczyc, mimo ze wypieramy go ze swiadomosci zycia codziennego, rozpoczyna wlasna filozofie, ktora, choc nie jest akademicka, jest jednak prawdziwa. Jest ona nie tyle intelektualnym rozroznianiem pojec, ile rozwojem duchowym, ktory wymaga zachowania mestwa w stawianiu pytan, a takze poczucia humoru i ironii w stosunku do zastawianych przez umysl czlowieka pulapek, by dostrzec zarowno prawde, jak i jej iluzje, ktore polaczone sa ze soba w nierozerwalnym tancu mysli.