ZOSTALISMY STWORZENI TYLKO PO TO, BY ZNIKNAC ZA ZASLONA PISMA

ZOSTALISMY STWORZENI TYLKO PO TO, BY ZNIKNAC ZA ZASLONA PISMA

(Czy zyjemy tylko by zywic rany, znosic litere po literze

do bieli kartki papieru, do czerni znakow?

Tak pytal Zachi swego ojca)

 

Isc zawsze, zawsze, stronicami zdan, zagladac poza ich zakonczenia. I pytac, stawiajac znak za znakiem, o ich sens, o ich porzadek i ksztalt.

Czy czules kiedys tetno pytania? Co sie kryje w kombinacji kresek i linii, dzieki ktorym istniejesz? – tak drzal slowami Zachi, i zamilkl, kontemplujac zagadke pisania.

Zachi, – powiedzialem, dodales mnie do Ksiegi, i bede zawsze zyl w jej otwarciu, jej oddechu i szelescie kartkowanych stronic.

Zachi nie odpowiedzial. Jego roztargniony rylec poruszal sie miarowo, budujac kolejne litery, zachlystujac sie ich cisza. Mowie:

Jedynym sensem pytania jest milczenie, jedynym sensem milczenia jest kolejne pytanie.

Jesli istniejemy, to dlatego, ze wieje wiatr. Jesli jestes, to piszesz, a pismo to filar, ktory podtrzymuje zagadki. Leszku, nie chodzisz po czerwieni swiata, idziesz traktem stronic. – mowie. Rabi Olizach, przyjaciel mego ojca, mowil, ze Ksiega jest swietoscia ksiegi. A ty? Po prostu idziesz sladem glosu, ktorym brzmi nieznane imie.

Powielasz, Omambe, krople powietrza, zywisz nimi pozolkle znaczenia, czyscisz zakamarki nicosci.

Jankiel gra nadal na cymbalach liter. Slucham jego wiosny i zmarszczek skory, ktorymi trzyma terazniejszosc. Jankiel spiewa. Izaliste spiewa. Wudolisza tanczy.

Pozostanie po mnie slad w ksiedze, ale to nie bede ja. Nigdy do niej nie zajrzalem. Pozostane tylko prochem i skamielina tej wiosny roku 9999. Probowalem przynajmniej w nich pozostac.

Czytasz, Leszku, listowie, ktore zakwitlo na kartach ksiegi? Przeszedles droge. A droga rozplynela sie zanim ja zapisano.

Wyszedles, Jankielu, przed gospode, a tam tylko swiezy zapach cymbalow, zakonczonego dnia, gdy grales, gdy grales pismem lasu.

W sladzie muzyki pozostaje tylko proch poruszanego smyczka, i swit terazniejszosci.

Leszku, Jankielu, zegnajcie. Zadaliscie mi bol do czytania, zrozumienia, zapomnienia.

 

JACEK PODSIADLO: CZASY SIE ZMIENIAJA

JACEK PODSIADLO: CZASY SIE ZMIENIAJA

Jacek Podsiadlo, Byc moze nalezalo mowic,

Biuro Literackie, Wroclaw 2014

Czy to przypadek, ze „brulionowcy” namietnie publikuja swoje „dziela zebrane”? Byc moze Marcin Swietlicki, Marcin Baran, Marcin Sendecki czy Jacek Podsiadlo mianowali sie klasykami? W wypadku tego ostatniego  prezent z okazji 50. urodzin zrobilo poecie Biuro Literackie i krytyk Piotr Sliwinski. Cokolwiek by rzec, autobiografie i seryjne jubileusze najbardziej promowanej grupy literackiej w Polsce ostatniego cwiercwiecza ukladaja sie w swoista kampanie medialna, by ponownie zainteresowac czytelnikow i zaistniec na rynku, bo nowych idei literackich badz spoleczno-kulturowych juz brak. Wlasciwie zjawisko poetyckie pod umownym okresleniem „brulionowcy” samo domaga sie podsumowania, bo to temat, ktory oni sami wywolali. Poniewaz jest to zlozony problem, ktory wymaga poruszenia wielu zagadnien funkcjonowania literatury w wolnej Polsce, nalezy omowic go szerzej. Ze wzgledu na poetyke blogu praktyczniej bedzie pisac o nim jak powiesc w odcinkach. Dzis tylko o Jacku Podsiadle.

Obok Marcina Swietlickiego to chyba najbardziej utytulowany poeta tego kregu, zdobywca wielu nagrod i wyroznien literackich, ulubieniec krytyki (zwlaszcza srodowiska „Tygodnika Powszechnego”), ongis kontestator, dzis rzadko publikuje teksty poetyckie, zajmuje sie dziennikarstwem i chyba jest zadowolony, ze przeszedl do historii literatury polskiej. Zatem dostojny jubilat i klasyk, jednak na ktorego tomiki mlodzi poeci ani publicznosc juz nie czekaja. W latach 80. i 90., gdy byl najbardziej popularny, swa postawa i tworczoscia wywolywal zywe emocje, w nastepnej dekadzie najbardziej ciekawe zjawiska powstaly w opozycji do „Brulionu” w srodowiskach lewicowego Ha!artu czy literatury podejmujacej problematyke autoteliczna w powiazaniu z nowymi mediami (Techsty). Brak reakcji na nowe wyzwania poetyckie spowodowal, ze jego hasla kulturowe przejete po poetach Beat Generation przestaly byc atrakcyjne, staly sie rytualna poza i manieryzmem, prowadzacymi w konsekwencji do tego, ze Jacek Podsiadlo i „brulionowcy” zaczeli stopniowo schodzic na margines zycia literackiego.

Jak sie go czyta jako poete? Wlasciwie nudno. Jacek Podsiadlo nie eksperymentowal ze stylem, metafora, kompozycja, a wiec tym, co dla poezji jest najistotniejsze poza ideami, czyli w starej terminologii – trescia. Najlepszy chyba jest w takich tomikach, w ktorych udanie nasladuje Johna Ashberry’ego czy innych poetow nowojorskich, laczac poetyke opisu z charakterystyczna dla bitnikow postawa indywidualistyczna, co w warunkach polskich oznaczalo zwrot przeciw tradycyjnemu katolicyzmowi i zobowiazaniom wobec spoleczenstwa (np. tomiki Jezyki ognia, To All the Whales I’d Loved Before, Niczyje boskie). Obrazowanie poetyckie zwiazane z osobistym doswiadczeniem, kultura popularna, zyciem codziennym przedstawionym w sposob swiadczacy o plastycznosci opisu to jego najwieksze zalety. Przejmujace sa takze jego strofy, w ktorych dochodzi do glosu zindywidualizowana problematyka egzystencjalna. W sferze jezyka i inspiracji tworczych „brulionowcy” chodzili stadami, wiec charakterystyczne wulgaryzmy w poezji to „zdobycz pokoleniowa”, ktora Podsiadlo dzieli z innymi rowiesnikami. Jednak, jak mi sie wydaje, nigdy nie zapomina o ich funkcji estetycznej.

Czasy sie zmieniaja pisal poeta w wierszu z 1993 r., ale Podsiadlo pozostal taki sam, co nie wrozy mu dobrze na przyszlosc, bo zatrzymanie sie w okreslonej konwencji powoduje po prostu nude i brak zainteresowania czytelnikow. Dzis tylko stara gwardia kolegow i krytykow powtarza te same gesty i slogany. Tym niemniej jest to nadal wazny poeta, choc dla mnie jego wlasciwym czasem byla dekada lat 90. Wazny, mimo braku inwencji programowej  i stylistycznej.

MALANOWSKA A SPRAWA POLSKIEJ LITERATURY

MALANOWSKA A SPRAWA POLSKIEJ LITERATURY

Skargi Malanowskiej i niektorych artystow na zarobki wzbudzily duza i nadspodziewanie gwaltowna reakcje w mediach. Niektorzy pisarze, jak Krzysztof Varga czy Jaroslaw Klejnocki, ostro skrytykowali uzalanie sie nad soba dotad raczej nieznanej szerszemu ogolowi pisarki. Inni, nie tylko w srodowisku Krytyki Politycznej, na lamach ktorej zabrala glos, wzieli ja w obrone. Skoro takze sprawa dotyczy mnie jako osoby piszacej, chcialbym dorzucic swoj malenki kamyczek do tego ogrodka, lecz z innej, ogolniejszej perspektywy.

Zjawisko wspolczesnej kultury literackiej, ktore umownie nazwiemy „Malanowska” ze wzgledu na to, ze ta pisarka wzbudzila tak szeroka dyskusje medialna, w ktorej wyraza sie rozterki znacznej czesci srodowiska tworczego w Polsce, bedacych forma jakosciowej zmiany postawy polskich pisarzy i tworcow do swojego zawodu. Objawia sie ona w odrzuceniu tradycyjnego etosu polskiej inteligencji rodem z XIX w., ktory polegal na bezinteresownej sluzbie spolecznej w trosce o rozwoj oswiaty i kultury. Etos ten funkcjonowal jeszcze w PRL-u w formie aktywnej walki z totalitaryzmem, choc, jak trafnie zauwazal ongis Artur Sandauer, przybieral formy rowniez zdegenerowane, by przypodobac sie politykom albo partyjnym, albo walczacym o ustroj demokratyczny.

Wspolczesni mlodzi pisarze sa w odmiennej sytuacji niz ich poprzednicy tworzacy pod kontrola cenzury politycznej i wymagan wladzy, by walczyli o „pokoj”, „lepsze jutro klasy pracujacej” i narodu. Wtedy artysci w zamian za racjonowane porcje nakladow ksiazkowych i gratyfikacje finansowe powinni byli uczestniczyc w farsie propagandowej, a czytelnik niewiele mial do powiedzenia. Dzis jest inaczej. Politycy nie potrzebuja juz amatorskich uslug pisarzy i zamiast nich wynajmuja specjalistow od PR-u i marketingu politycznego, placac im solidne pieniadze, a pozostawiony na „pastwe” czytelnika tworca odczuwa frustracje, ze jego nudnych wypocin nikt nie chce czytac lub tylko marne kilka tysiecy jak w wypadku Malanowskiej.

Co gorsza, rynek czytelniczy jest okrutny, laska obdarza tylko nielicznych, a sługom piora nie chce sie nawet reaktywowac przedwojennego Zwiazku Zawodowego Literatow Polskich, choc obecne ZPL i SPP sa tylko organizacjami pobierajacymi skladki czlonkowskie i nie swiadcza zadnej pomocy pisarzom. Panstwo takze wycofuje sie ze swoich obowiazkow edukacyjnych, rynek nie promuje wartościowej literatury, zatem kon jaki jest, kazdy widzi, powiedzialby wspolczesny ks. Benedykt Chmielowski. Czy z tego cos wynika poza dyskusja? Tylko tyle, ze poziom swiadomosci spolecznej zarowno pisarzy, jak i czytelnikow jest taki, ze tym pierwszym chodzi glownie o mamone, a tym drugim przewaznie o tania rozrywke. Zatem zacytuje na zakonczenie piosenke Walow Jagiellonskich, ktora, o dziwo nie stracila na aktualnosci, bo czyz ktos nas zastapi?: Hej mloty do roboty, niebieskie ptaki do paki, i niech wre robota, co tam wolna sobota.

SLEPOTA PISMA

SLEPOTA PISMA

Pisarz jest slepy. Idzie tylko droga pisma,

ktore rzezbi jego puste slowa.

W pismie jego nadzieja, zycie, a takze

pytania; to one tworza jego zywiol, bez

ktorego istnienie byloby tylko czczym

posmiewiskiem i szyderstwem.

Leszku, opowiadales o odleglym czasie, mowiles: Musimy isc, ranic kamieniami stopy. Bo zostalismy wezwani i musimy odpowiedziec.

Dlatego pisze, bo pismo jest moim szlakiem, niewidzialnym znakiem, ktory prowadzi do stawiania pytan. Szemo, urodzilem sie, by zniknac za pytaniem, za kropka, za przecinkiem. Mimo to codziennie rano wstaje, otwieram ksiege i dodaje kolejne znaki. To one beda swiadczyc o mnie. To one przekaza mym braciom przeklamane mysli. Codziennie znikam w pejzazu slow. Bo blizni chce mnie zabic za klamstwa, ktore staly sie moim udzialem.

 Ten swiat, tak, ten nieobecny swiat, do ktorego zmierzam

Ta studnia, ta studnia, w ktorej woda dlawi moje gardlo.

Uwazaj, piesn nie ujdzie calo. Moja opowiesc

wije sie w zaokragleniach znakow. Tam jest jej poczatek, i koniec.

 

Gdzie jest to slowo, do ktorego zmierzasz, Saro? W jakim jezyku mowisz, Marku? Nie podejrzewalas mamo, ze znikne za kolejnym zakretem, a ma dlon nie wystuka twego imienia. Mamo, moim losem sa slowa, to w nich zamieszka moj jezyk i cialo. By ranic przyjaciol, braci i siostry… Moje zdania tworze z promieni slonca, ale tylko po to, by zniknac w ich cieniu.

Gdzie jest to slowo, ktorym rysujesz cembrowine na pustyni?

Tam, daleko, to znaczy na dnie, na samym dnie ziemi, z ktorej wyruszyles, ktora dawno zapomniales, bo nie dala ci ani miodu, ani mleka. To ziemia, ktorej nie ma, to ziemia, ktora jest ojczyzna, ktora opusciles. I zostales sam.

Z MILOSCI DO POWIESCI POSTMODERNISTYCZNEJ

Z MILOSCI DO POWIESCI POSTMODERNISTYCZNEJ

Prof. Stanislawowi Jaworskiemu z okazji nadejscia wiosny i w podziece za zyczliwosc

Brian McHale, Powiesc postmodernistyczna,

przel. M. Plaza, WUJ, Krakow 2012, wyd. I

 

Powiesc postmodernistyczna Briana McHale’a przeczytalem z prawdziwa przyjemnoscia. Teraz zastanawiam sie, dlaczego? Byc moze dlatego, ze w polskim pisarstwie literaturoznawczym dominuja nadal inne wzorce pisania o literaturze. Skrotowo je charakteryzujac mozna powiedziec, ze podlegaja one rozpowszechnionym konwencjom i regulom scjentystycznym. W rezultacie teksty wspolczesnych polskich badaczy literatury sugeruja, ze ich tworcy wprawdzie posiedli wszelkie stopnie wtajemniczenia w dziedzinie badan literackich i o tworczosci pisarzy wiedza wszystko, lecz okaleczaja przy okazji swoj przedmiot dociekan ze wszelkiego czaru, ktory posiadaja dziela literackie. Tylko nieliczni byli swiadomi, ze literaturoznawstwo nie powinno sie wzorowac na metodach nauk przyrodniczych i pozwalali sobie na uzewnetrznianie zwyczajnych i osobistych emocji czytelniczych. W latach 70. ubieglego wieku do mistrzostwa doprowadzil dyskurs literaturoznawczy Roland Barthes (np. Fragmenty dyskursu milosnego). W Polsce takim krytykiem i historykiem literatury byl Jan Blonski (por. Romans z tekstem). Nalezaloby przypomniec Henryka Markiewicza, ktory posiadal poczucie humoru i dystansu do metod „naukowych”. Inaczej, lecz rowniez w sposob sobie wlasciwy dawal wyraz  emocjom estetycznym Artur Sandauer. Wymienmy takze Marte Wyke i Stanisława Jaworskiego, ktorzy życzliwie przyglądają się nowinkom literaturoznawczym, a takze Mariana Stale, ktory uprawia „prywate” krytycznoliteracka, choc czesto nie zgadzam sie z nim. Z mlodszych te linie kontynuuja Anna Burzynska jako teoretyk literatury czy Michal Pawel Markowski, zarowno w teorii, jak i historii. Ksiazke Briana McHale’a zatem czyta sie w Polsce dobrze, bo nasi badacze swiadomi sa podobnych problemow. Po drugie, Dzielo to powstalo „z milosci” do powiesci postmodernistycznej i postmodernizmu (por. np. czesc VI Jak przestalem sie martwic i pokochalem postmodernizm), dzieki czemu czytelnik otrzymuje tekst przeznaczony do czytania, a nie do przemialu na makulature lub przechowywania w bibliotecznych magazynach martwej i nudnej wiedzy naukowej.

Czy to oznacza, ze nalezy sie tylko zachwycac wielkoscia amerykanskiego badacza? Z pewnoscia nie, bo przyjemnosc, jaka wywoluje lektura tej niestandardowej ksiazki polega m. in. na tym, ze prowokuje ona do rozmowy na tematy, ktore sa przedmiotem zainteresowania wspolnoty pisarzy, czytelnikow oraz badaczy literatury, co jest chyba jedynym sensem uprawiania i komentowania tekstow literackich. Dotyczy to takze analiz drugiego stopnia, zatem pisania o  tekstach poswieconych literaturze.

Oryginalnosc Powiesci postmodernistycznej jest widoczna zarowno z perspektywy amerykanskiej, jak i badan w Europie. Jakkolwiek McHale czerpie z tradycji badawczej obu kontynentow, to jednak przeciwstawia sie jednoczesnie przewazajacym praktykom literaturoznawczym po obu stronach Atlantyku. Polega to na tym, ze polaczyl on w swym dziele wspolczesne amerykanskie sklonnosci do nominalizmu (aspekt epistemologiczny) z rosyjskim formalizmem (zainteresowanie technika pisarska) i fenomenologia dziela literackiego Romana Ingardena (aspekt ontologiczny), zatem pod wzgledem metodologicznym jest to twor un peu bizarre, co tylko przyprawia recenzenta o dreszczyk emocji.

Metode badawcza McHale’a dobrze ilustruje jego podejscie do przedmiotu badan, to jest tytulowego problemu powiesci postmodernistycznej, a takze postmodernizmu. Tak jak nie ma zgody na to, jak rozumiec postmodernizm, mimo ze wystukano kilometry znakow alfabetu w roznych jezykach na klawiaturach komputerow, tak nie bardzo wiemy jak rozumiec powiesc postmodernistyczna. McHale tylko mimochodem nawiazuje do swiadomosci teoretycznej tworcow, totez gdyby np. Bulhakow zyl nadal, to dowiedzialby sie ze jest pisarzem postmodernistycznym, tak jak pan Jourdain zrozumial, ze mowi proza. To samo dotyczy np. Jamesa Joyce’a, Franza Kafki, by wspomniec tylko najwiekszych „postmodernistow” badanych przez McHale’a. Oddajmy glos jednak samemu autorowi.

Coz wedlug badacza oznacza pojecie „postmodernizmu”? Po przytoczeniu, bardzo skrotowym, kilku wypowiedzi na ten pasjonujacy wielu pisarzy, czytelnikow i badaczy problem, McHale pisze: Niezaleznie od tego, co myslimy o tym okresleniu i w jakiej mierze nas ono zadawala, jedno jest pewne: desygnat terminu „postmodernizm” , czyli r z e c z , do ktorej ma on odnosic, n i e  i s t n i e j e. (…) postmodernizm jako rzecz nie istnieje dokladnie w takim sensie, w jakim nie istnieje „renesans” czy „romantyzm”. (…) w ostatecznym rachunku w s z y s t k i e  sa fikcjami (str. 5, rozstrzelenie druku za autorem). W sposob zatem bardzo naukowy McHale napisal sporej grubosci ksiazke niezwykle uczona (w polskim przekladzie 341 stron) na temat bytu, ktory wedlug niego nie istnieje, sic! Coz za przewrotnosc badawcza! Zastanawiam sie jednakze, majac rowniez powazne problemy z postmodernizmem, czy lista kilkudziesieciu wybitnych utworow i ich tworcow to takze fikcje badawcze? Dlaczego McHale, idac do konca tropem nominalizmu, nie wymyslil sobie fikcjonalnych powiesci i autorow swego fikcjonalnego przedmiotu badan?

Konstruujac zatem desygnaty zarowno modernizmu, jak i postmodernizmu, a pozniej w konsekwencji powiesci modernistycznej, w ktorej jest obecna dominanta epistemologiczna (tzn. problematyka poznawcza), oraz powiesci postmodernistycznej, w ktorej widoczna jest dominanta ontologiczna (tzn. kreacja swiata fantastycznego, ktory istnieje w swiecie ukazanym w sposob realistyczny), McHale utworzyl swoj przedmiot badan, ktory nalezy do dziedziny „poetyki opisowej”(por. Przedmowa, str. XI), bo z historyczna ma niewiele wspolnego poza pewnymi nazwami dziel i nazwiskami ich autorow, ktorzy w tajemniczy sposob kojarzeni sa najczesciej z postmodernizmem, jak Thomas Pynchon, Carlos Fuentes, Jorge Luis Borges, Italo Calvino, Gabriel Garcia Marquez i wielu innych.

Pozostawiony w postmodernistycznym lub modernistycznym (bo do konca juz nie wiadomo jakim) szoku epistemologicznym czytelnik jednak dowiaduje sie, ze te fikcyjne byty, ktorych tworca jest przeciez nie tylko McHale, posiadaja okreslone wlasciwosci, poetyke i strukture, jezyk, co wlasciwie kaze mu sie zastanowic nad przedziwnymi losami koncepcji naukowych lub ich fikcjonalnych produktow. Badacz jednak jest troche zmartwiony, bo nie wie, czy empiryzm i realizm poznawczy, do ktorego przekonywali go jego srodkowoeuropejscy mistrzowie, jest retoryczna fikcja, wyznaniem wiary czy ostatnia deska ratunku przed pulapkami, jakie zastawia na niego przeklety postmodernizm i dziela literackie. Te przykrostke epistemologicznej natury, wyrazona w fikcyjnym i kulturowo dominujacym dyskursie filozoficznym, lagodza ciekawe cytaty z dziel literackich i dobry w zasadzie przeklad na znajomy mu jezyk ojczysty. Nie wie jednakowoz, czy dominanta ontologiczna, w ktorej przyszlo mu funkcjonowac i wystukiwac znaki alfabetu na klawiaturze notebooka, pozwoli sie uchwycic w jakis sensowny sposob, ktory bylby zaproszeniem do dalszej lektury.

MILCZENIE POETY

MILCZENIE POETY

W tytule swojego zbiorku mysli o tworczosci kilku wielkich poetow niemieckich Hans Georg Gadamer postawil pytanie: Czy poeci umilkna? Jest ono wazne takze dla mnie, bo dotyka odczuwanej przeze mnie w sposob bardzo osobisty sytuacji porozumiewania sie z czytelnikiem, ktory wlasciwie nie chce sluchac, by przezyc i odkryc samego siebie poprzez dzielo poetyckie, lecz zamiast tego zanurza sie w halasie medialnym, ktory opanowal nie tylko wyobraznie zwyklych odbiorcow slowa drukowanego, lecz takze krytykow. W czasach wspolczesnych, gdy na wrazliwosc poetycka otwarte sa wlasciwie tylko nieliczne jednostki, ktore stac na smakowanie sposobu uzywania slow i ktore stopniowo sie umieszcza wraz z ginacym juz gatunkiem wypowiadania sie w muzeum ludzkich przesadow, poeta wlasciwie skazany jest na milczenie, czyli – mowiac bez ogrodek – na samobojstwo. To ono staje sie jego wlasciwa metoda uzycia znakow, sposobem gry ze smiercia, ale tylko po to, by ocalic cos, co trwalo w kulturze Europy od chwili jej narodzin, tj. potrzebe wzruszenia opowiesciami, ktore wywodza sie tylko z fantazji, umieszczajac zycie czlonkow okreslonej zbiorowosci, do ktorej poeta mowi, w doswiadczeniu indywidualnego istnienia. Ale dla kogo? Pytanie to nie jest, o zgrozo, absurdalne. Zatem poeta musi krzyczec, ale jego krzyk jest zgoda na smierc, jest poddaniem sie niemozliwosci powiedzenia czegos istotnego. Dlatego poeta milczy, glosniej niz ryk zarzynanej swini, ciszej niz zakwitanie nocy, piszac i powierzajac sie pismu, pewny jego zdrady i swej przegranej.

ZA ZASLONA SLOW

ZA ZASLONA SLOW

kryje sie spojrzenie zza okularow, korygujacych krotkowzrocznosc i astygmatyzm, ktore doskwieraja mi ostatnio ze szczegolna zlosliwoscia mimo czestych wizyt u roznych okulistow. Poza tym, pewien plynny ruch ciala, ktory zgadza sie z rytmem piosenki, ktorej wlasnie sluchaja moje dzieci, surfujac w Internecie, a takze wzruszenie opowiescia Charlesa Chaplina, ktorego film W swiatlach rampy uniosl mnie w inny wymiar zycia. Czy cos wiecej? Wlasciwie nic oprocz zaniepokojenia losem Andrzeja, ktory nie odzywa sie juz od dlugiego czasu i wspolczucia dla Doroty, ktora tuz przed swietami poronila, kilka odebranych sms-ow z zyczeniami od bliskich oraz oczekiwanie na odpowiedz od tych, ktorzy nigdy nie pamietaja. Pozostaje jeszcze drganie powiek, ktore jest zaledwie sladem ukladania wzoru, ktory nigdy nie zostanie scalony w zadna sensowna ukladanke.

USMIECH LOUISA ARMSTRONGA

USMIECH LOUISA ARMSTRONGA

Pod choinke dostalem od Tereni w prezencie plyte CD z piosenkami tego genialnego muzyka. Krytycy opisywali w nieskonczonosc jego niepowtarzalny glos, a publicznosc od dziesiatkow lat niezmiennie kupuje i slucha piosenek poety jazzu, jak z pewnoscia mozna okreslic Louisa Armstronga. Mnie ciekawi jednak teraz jego twarz sfotografowana na okladce. Krotko ostrzyzone wlosy, okragle policzki, a nade  wszystko szeroki usmiech odslaniajacy nieskazitelnie biale i mocne zeby, kontrastujace z czarnym kolorem jego skory. Wraz z umieszczona ponizej trabka obraz ten ma przede wszystkim kreowac wizerunek Armstronga jako artysty, ktory kocha to, co robi i w czym odnalazl radosc i sens swojego zycia. Standard What a wonderful world, ktory zostal przez wydawce umieszczony na poczatku plyty, wpisuje sie w taki utrwalony w swiadomosci spolecznej stereotyp jazzmana. Ja jednak chcialbym sie dowiedziec, czy za ta filozofia uprawiania muzyki, za ktora tak podziwiamy Armstronga,  nie skrywa sie doswiadczenie cierpienia, ktore artysta ukrywa przed swoimi sluchaczami. Nic nie wiem o jego zyciu. Byc moze powinienem przeczytac jakas jego biografie, lecz ona nie powiedzialaby mi nic ciekawego o tym, co kaze ulegac iluzji, stworzonej przez znajacych sie na rzeczy specjalistow od marketingu medialnego, i zapomniec o calym swiecie, gdy nastrajam uszy w celu doznania tej specyficznej podniety estetycznej, ktora wywoluja jego utwory. Sztuka zatem nie odslania przed odbiorca zadnej prawdy o nim samym. Wrecz przeciwnie – pozwala od niej uciec.

WIELKOSC GRZEGORZA, JEGO MILOSCI INFORMATYKA NA TYM NAJLEPSZYM Z WIRTUALNYCH SWIATOW

 

WIELKOSC GRZEGORZA, JEGO MILOSCI INFORMATYKA NA TYM NAJLEPSZYM Z WIRTUALNYCH SWIATOW

Przychodzisz jak zwykle do pracy,

A komputer, jak zwykle, rodacy,

Zamiast pracowac zgodnie na polecenie pana,

Zawiesza sie, dalej nie chce. No coz, chama

Nie zmusze. Lecz od czegoz Grzegorz,

Najlepszy na kaprysy tegoz!

Juz czujesz, bracie, laske Jegomosci,

Ktora moze wyslac na Ksiezyc przeklete sprosnosci

Komputera wiadome,

Z powodu ktorych nawet programy kradzione

To tylko blahostka na tej Ziemi.

Lecz Grzegorz, pamieta! On wszystko odmieni!

W Polsce szczescie czlowieka zalezy,

Czy Grzegorz z pomoca przybiezy.

Imie wodza armii bitow i programow,

Nie tylko realnych, lecz takze wirtualnych swiatow,

Bedzie slawic na wieki ludzkosc cala,

W tym rowniez ta polowa, ktora cnym afektem pala,

Gdy Grzegorz, kaze: Pracuj, bo cie zniewole!

A jak nie chcesz, na zlom pojdziesz, matole!.

Nasze szczescie rosnie i rosnie,

Bo jego Wysokosc Grzegorz nas zbawil mowiac: Komputer przynoscie!

 

Grzesiowi w dniu imienin,

Marek   i jego banda                                                                                                                   Krakow, 12-03-2014

NI-PIES-NI-WYDRYZM

NI-PIES-NI-WYDRYZM

to kategoria estetyczna, ktora jest obecna w tych medytacjach, lecz mozna ja zauwazyc przede wszystkim w codziennym obcowaniu z roznymi mediami. Niestety nie zostala ona opisana w Slowniku terminologii medialnej pod redakcja Walerego Pisarka, wydanym wlasnie przez Wydawnictwo Universitas. Wydaje mi sie, ze jest to brak na tyle istotny, ze nalezy umiescic to haslo w nastepnym wydaniu tej pozycji wydawniczej, ktorej celem jest – w zamierzeniu autorow – zaznajomienie mlodziezy i profesjonalistow ze swiatem mediow, ktorego rola kulturotworcza jest przeciez nie do przecenienia. Zatem, aby pomoc autorom slownika, sprobujmy sie przyjrzec z bliska pojeciu ni-pies-ni-wydryzmu, bo choc intuicyjnie rozumiemy jego znaczenie, jednak nie zostalo ono jeszcze opisane przez filozofow. Wstepna intuicja mowi nam, ze w percepcji medialnej chodzi w zasadzie o pewien melanz wrazen nie zwiazanych ze soba zadna kategoria porzadkujaca. W tym sensie mozna powiedziec, ze jest ona z jednej strony doswiadczeniem opowiesci o rzeczywistosci, z drugiej – jest jej pewna metonimia, ktora jako taka budzi w odbiorcy iluzje prawdziwosci. Ten chwyt, ktory okreslilem wyzej poprzez jeden z rodzajow tropow retorycznych, stanowi dla mnie obiekt zaciekawienia, a jego uzycie przeze mnie poprzez okreslona transpozycje, bedzie zadaniem domowym dla czytelnika tych medytacji. Celem ulatwienia wykonania tego cwiczenia pisarskiego podpowiem, ze mozna napisac to, co sie mysli np. o grze Brada Pitta, Jacka Nicholsona lub  wreczaniu Oscarow czy konkursie Miss World. Ciekawiloby mnie takze, co czytelnik mysli o braciach Kaczynskich, pszczolce Mai a takze Kaczorze Donaldzie, mistyce, sporcie, imperializmie, wojnie izraelsko-palestynskiej, feminizmie, fundamentalizmie islamskim, hodowaniu swin, tresowaniu krolikow, wystawach plastycznych, koncertach muzycznych, arcydzielach i kiczach literackich, gospodarce i wszystkim, co wpadnie mu do glowy, lacznie z obrzuceniem wyzwiskami samego autora niniejszych refleksji. Konczac te medytacje, w ktorej bardzo wyraznie ujawnia sie omawiana kategoria, a rownoczesnie zachecajac do kontynuacji rozwazan nad tym donioslym z punktu widzenia teoretycznego problemem, chcialbym zauwazyc niejako na marginesie, ze pisanie na te przykladowo sugerowane tematy, a takze specyficzny sposob ich ujecia, ktory polega na swoistej interakcji semantycznej, zaskakujacej odbiorce poprzez niekonwencjonalne uzycie znakow jezykowych, to odmiana literacka ni-pies-ni-wydryzmu i jako taka z pewnoscia zostanie uwzgledniona w Slowniku terminow literackich.