W NASZYCH TWARZACH ODBIJA SIE STRONICA SWIATLA

W NASZYCH TWARZACH ODBIJA SIE STRONICA SWIATLA

Polana, na ktorej stoisz i przypatrujesz sie sloncu,

Ciagnie sie utrata krzyku. Jest twarza,

Gdzie rozlega sie blask slow, gdzie budzi sie

Twe oko i jak kuropatwa ulatuje

Do dzikich chwil.

Zmarszczki topoli, takie zwyczajne, chropawe, zasmucone, znieruchomiale ze starosci, milczace. Rzesy brzozy, jej policzki konarow, i oczy przeswitow. W nich widze pytanie o twarz, o przebudzenie, w milczeniu, gdy przechodzimy obok siebie, nie patrzac sobie w oczy. Czymze jest  broda, ta naga, bez zapachu zieleni? Powiedzialbys, ze zapisana stronica, ktorej nikt nie potrafi odczytac? Czy w podmuchach skory nie czujesz sladu nieobecnego? Nie to slowo, nie ta odpowiedz. Czy Mistrz Nocnych Zagadek jeszcze zada pytanie? Komu? Mnie, tobie, sobie? Widziales kiedys twarz skazanca przed egzekucja? Twarz niewinnego, skazanego na smierc? Pelna buntu z powodu niesprawiedliwosci, i rozpaczy, ze zostawi wdowe i dzieci, i ten bezdech, pelen przerazenia na widok kata? I dreszczu, ze to juz za chwile. W naszych twarzach widac zmarszczki Tego, ktory zawsze milczy, do ktorego tak bardzo nie jestesmy podobni. – Nie zgadzam sie, Mistrzu. Nauczyciele powtarzaja tylko slowa zapisane martwa litera. A pismo jest najwiekszym klamca, jakiego znam. – A co czujesz, gdy przewracasz stronice? Czy nie jest tam zapisane, kiedy utoniesz w falach zapomnienia? Kiedy otrzymasz cios, zadany literami alfabetu, cios, smiertelny, ktory pozostawi cie w milczeniu na dnie wodorostow. Pismo klamie, mistrzowie klamali, mowili tylko o tym, co znali, a nie o swiecie i jego twarzy. Nie o zranieniu brzozy i wylupanych oczach skazanca.

Poeta mowil, ze jestesmy bracmi, dzieki twarzom, ktore posiadamy.

Poeta bluznil, poeta myslal, ze tylko niewinny ma twarz.

Poeta, widzial tylko przeklenstwo, wypisane na twarzy.

Nie wyrzekniesz sie przymierza! Mimo bluznierstwa, mimo klamstwa, mimo plynacej jeszcze krwi. Wyrzekne sie. Udam sie do twarzy zapomnienia. Bede bluznil i krzyczal.

TROSKA O SLOWO, TROSKA O NIC

TROSKA O SLOWO, TROSKA O NIC

Stawiasz kroki, Jole, po kawalkach linii.

Dzis przeliczasz znaki, scielace sie pod stopami,

Przeliczasz klamstwa, i poranki, kiedy budzisz sie z nadzieja.

Jole, nakarm glodnych,

Podaj rylec pragnacym,

I idz troszczyc sie o wlasny glod.

Tak mi mowil Mistrz Zranionych Godzin.

 

To ja jestem dzdzownica, to ja podjadam lodygi slow. A zdania plyna w mych zylach niczym w blocie pomazanym Jego imieniem. Ktoz ci powierzyl zaokraglenia liter i ich szpiczaste zakonczenia? Czy zamieszkasz w ich ksztalcie? Bedziesz rozdrapywal rany?  Swoje, ojca, matki?  Twego narodu, z ktorym jestes w otwartej niezgodzie? Swiatlu powierzasz swa rozpacz, a imie twoje bedzie przeklete. Kimze jestes, mowil Mistrz Zranionych Godzin, jesli nie robakiem w dziobie wrony? Dzis rano miales nadzieje, ze z twych pluc wyplynie slowo, ktore zawroci wiatr ku wnetrzu  ziemi. Nie, ziemia jest tylko milczeniem, a twe imie mowi tylko o milczeniu twego ojca.

„Gdy ojczyzna nas pokocha, nie bedziemy jej wdzieczni. Wyrzucimy ja z naszych serc i mysli. Ale ojczyzna jest pusta, troszczy sie o sama siebie i swe wojska, i zoladek przywodcow. Nie kochamy ojczyzny i wybieramy ten kawalek obcosci, ktorym nakarmimy nasze dzieci.”

Slowa Mistrza Zranionych Porankow

Nie szukalem was, slowa. Zamilklyscie zdania. Wladca metafor nakarmil ziemie deszczem, i wyroslyscie, wy, dzieci powietrza,  wsrod ptakow i ryb, drzew i kwiatow, by dzielic sie kolorami waszych snow.

(Sny, sny o czystosci jezyka,

Brzmienia pszczoly, spokojnego stukotu dzieciola.

Sny. O upojeniu dotykiem, ciala, piersi rzeczownikow,

Bioder czasownikow, sutek przymiotnikow.

Mistrz Kto To Mowi)

Czas zyc. Czas zyc powiewami twych piersi, Madziu. Bo nasz placz bedzie glosny, i bedzie go slychac w glebi ziemi, na dnie oceanu. A twe wlosy zmienia kolor czasu, i beda oczyszczaly me slowa. Twe usta zamilkna, i beda odtad blogoslawic perly metafor, ktorymi rozbrzmiewaja nasze noce.

 

KIMZE JEST POETA, JESLI SIE NIE BUNTUJE? O MARCINIE SWIETLICKIM

KIMZE JEST POETA, JESLI SIE NIE BUNTUJE? O MARCINIE SWIETLICKIM

Marcin Swietlicki, Wiersze, Krakow 2011

  O Marcinie Swietlickim napisano juz morze slow, najczesciej w tonie aprobatywnym lub wrecz balwochwalczym. Wydane przed paru laty jego Wiersze z okazji 50. urodzin daja szanse do spojrzenia calosciowego na jego dotychczasowy dorobek jako poety. Juz pobiezna lektura jego utworow poetyckich prowadzi do spostrzezen, ze w istocie nie na prozno zostal okrzykniety swego czasu przywodca „brulionowcow”, gdyz sposrod nich jego wiersze wydaja sie najbardziej „wlasne”, pisane z osobistej perspektywy oraz – co jest bardzo istotne – roznorodne. Poeta ten bowiem staral sie uniknac skamieliny w formie uzycia zrutynizowanej tematyki badz formy poetyckiej. To, co jest stale i ciagle uobecnia sie w jego tworczosci to element buntu i silna potrzeba zachowania wlasnej niezaleznosci, czym tak ujal niegdys zarowno krytyke jak i czytelnikow. Zatem nie mozna, jak i nie nalezy poszukiwac jednorodnych formul krytycznych opisujacych tworczosc poetycka Swietlickiego, posluze sie zatem opisem tylko tych jej aspektow, ktore wydaja mi sie najbardziej charakterystyczne.

W KREGU POLITYKI

Wsrod motywow wedrownych poezji Swietlickiego watek polityczny pojawia sie bardzo wczesnie i jest bardzo czesto reprezentowany. Pewnie dlatego jego wiersze wzbudzily tak duze namietnosci czytelnikow. Tematy zaczerpniete z zycia politycznego pojawiaja sie wielokrotnie przy okazji utworow poswieconych kolegom lub innym poetom, jak np. Zbigniewowi Herbertowi, gdzie ukazuje w sposob gleboko ironiczny postawe „patriotyczna” rodakow, dla ktorych autor Pana Cogito mial najwyzszy szacunek (por. Badz wierny – idz!). Swietlicki w wierszu pt. Jeszcze o barbarzyncach  pisze: Wiedza o tym, ze jednak tu wejda,/ na te ziemie, ktora nie jest nasza,/ lecz i nie ich – sprawia, ze zakupy, ktore dokonujemy w tych dniach, sa tak bardzo/ tymczasowe (cwierc chleba poprosze) (str. 219), a w Wierszu dla Zbigniewa Herberta (dedykowanego Wislawie Szymborskiej nie waha sie uzyc sarkazmu: Zylismy w czasach/ w ktorych Adam Michnik/ wybornie znal sie na poezji., str. 227. Swietlicki, podobnie jak dzis Houellebecq w powiesci, nie waha sie wprowadzac do swiata fikcji poetyckiej postaci znanych czytelnikowi z rzeczywistosci, lecz w powiazanych w wieloraki sposob z literatura, a najczesciej z uprawianiem zawodu poety. Oprocz postaci tak znanych jak wymienione powyzej, pojawiaja sie rowniez inni, czesto powiazani ze srodowiskiem tzw. opozycji demokratycznej jak poeta Jan Polkowski. Swietlicki mial odwage zbuntowac sie nie przeciw „wladzy”, jak to bylo udzialem wielu tworcow w latach 80., lecz „spoleczenstwu”, czyli tworcom i wartosciom szanowanym powszechnie. W okresie panowania skrajnego podzialu na „zlych” komunistow i „dobrych” opozycjonistow oraz tzw. spoleczenstwo, Swietlicki mial odwage zakwestionowac ten podzial. Bardzo dobrze widac te krytyke sloganow opozycyjnych w wierszu Dla Jana Polkowskiego: Trzeba zatrzasnac drzwiczki z tektury i otworzyc okno,/ otworzyc okno i przewietrzyc pokoj./ Zawsze sie udawalo, teraz sie nie/ udaje. Jedyny przypadek,/ kiedy po wierszach/ pozostaje smrod./ (str. 61).

OJCZYZNA TO NIE BRZMI DUMNIE

Poezja Swietlickiego jest na wskros zanurzona w czasach w ktorych powstawala. A „czasy byly polityczne”. Jezeli wiec autor Piesni profana jest romantykiem poprzez nawiazanie do tematyki spoleczno-politycznej, to na pewno nie jest nim w tradycyjnym sensie, w ktorym poeta czul sie rzecznikiem tzw. „sprawy narodowej”.  Narod w jego poezji nie jest obiektem uwielbienia, lecz krytyki. W tym wiec sensie pod wzgledem postawy ideowej bardziej bliska mu byla romantyczna krytyka np. Slowackiego czy Norwida niz afirmacja meczenstwa, tak rozpowszechnionego w 19. I 20. wieku, ze stala sie anonimowym komunalem. Oczywiscie w wersji wspolczesnej i przy zachowaniu roznic, bo przeciez Swietlicki nie chce walczyc i ginac prowadzac do boju powstancow, jak chocby K.K. Baczynski czy T. Gajcy, czyli inni romantycy 20. w. (por. Baczynski, str. 572). Poeta zatem polemizuje z komunalami „patriotycznymi”, nie walczy i nie idzie „po zlote runo nicosci”, jak chcialby Herbert, ani nie czuje sie obronca „oblezonego miasta”. Konsekwentnie, jak zauwazono, jest wierny tylko sobie, jak mowi w jednym z wierszy jest Posluszny tylko porom roku (str. 535).  Programowo glosi nihilizm, co jest w Polsce naprawde zjawiskiem unikatowym. W Piosence nihilisty, (str. 548) pisze: Pielegnuje te calosc, te dziure/ w ktorej cale podworko przepadlo/. Zatem w sferze idei filozoficznych glosi postmodernistyczne wielkie NIC, co jednakze nie jest powodem do cierpienia, lecz raczej wyzwolenia i programowego pozostawania na marginesie spoleczenstwa. To pokrewne jest postawie beatnikow, z ktorymi laczy go eksploatacja takich motywow jak papierosy i wodka. Narkotyki juz w Polsce nie przeszly albo poeta wolal uzywac tradycyjnych elementow polskiego folkloru. Sprzeciw wobec tak zywych przez caly wiek 19. i 20. powinnosci pisarza wobec wlasnej zbiorowosci, w ktorej przyszlo mu zyc musial doprowadzic do konfrontacji z katolicyzmem, zwlaszcza w polskiej tradycji. W wierszu Dla Jana od Krzyza raczej opisuje swoje doznania jako poety, a nie czci swietego Kosciola.

KU MATERII POETYCKIEJ

W sferze poetyki Swietlicki preferuje polemike z konkretnymi osobami, rzadziej oddaje sie rozwazaniom natury ogolniejszej jak w wierszu pt.  Rozaniec, Urbi et orbi, itp. Zatem odrzucenie polskiej tradycyjnej ideologii przy zachowaniu tradycyjnego jezyka modernistycznego i tradycyjnej formy wiersza Rozewiczowskiego charakteryzuje cala tworczosc Swietlickiego. Mozna by powiedziec, ze pod wzgledem obrazowania Swietlicki nie osiagnal wiele. Pisze jezykiem ironisty i polemisty, poruszajac tematy zywo obchodzace publicznosc literacka, co spowodowalo, ze osiagnal sukces, lecz to jest jednoczesnie ograniczeniem, bo zamyka go w kregu tematow i motywow mijajacych wraz z kolejnymi rocznikami gazet.  Wielu widzi w nim tylko ideologa, lecz przeciez w odroznieniu od innych brulionowcow eksperymenty formalne nie byly mu obce. Ciekawe sa jego wiersze autobiograficzne o tytulach nawiazujacych do pierwszej litery jego imienia, tzn. M, a takze tomik Czynny do odwolania (2001), w ktorych wiersze zostaly ulozone wedlug kolejnosci alfabetycznej tytulow. W jego tworczosci to ewenement, bo raczej tomiki jego poezji to zbior wierszy, a nie cykle poetyckie. Podsumowujac jego dokonania mysle, ze warto podkreslic, ze mimo fascynacji poezja amerykanska, jest jednak blizszy w sferze problematyki i jezyka oraz obrazowania tradycji polskiej poezji. Polskie sa realia, polska polityka, polscy rozmowcy. Jezyk poetycki i sposob wypowiadania raczej Swietlickiego nie obchodzil. W tej sferze raczej pozostal w ramach poetyckiej poprawnosci. W warstwie ideologicznej jest do konca na nie, takze w trzeciej RP, i ja to kupuje.

JAK ISTNIEJE JEAN BAUDRILLARD?

JAK ISTNIEJE JEAN BAUDRILLARD?

 

Jean Baudrillard, zmarly przed kilku laty postmodernistyczny mysliciel, zdobyl rozglos niebanalnymi i ciekawymi wypowiedziami, z ktorych teraz chcialbym poddac badaniom najslynniejsze: Rzeczywistosc nie istnieje (fr. La realite n’existe pas), ogloszone w jego ksiazce pt. Symulakry i symulacja (Sic!, przel. S. Krolak, Warszawa 2005). Cytowane zdanie wywarlo szeroki wplyw na artystow i teoretykow mediow, bo tez w takim kontekscie bylo uzywane. Poza jednak pewna blyskotliwa absurdalnoscia i szokowaniem, czy ono cos znaczy w sensie filozoficznym? Czy ma jakis sens? W sensie doslownym, jego tresc oznacza brak wszelkiej pozytywnej formy istnienia ontycznego, zatem po prostu to, ze wszelkie formy istnienia sa zludne, w rzeczy samej sa nicoscia. Te opinie mozna zmodyfikowac, jesli przyjmie sie, ze tlumacz powinien przetlumaczyc francuski termin realite nie jako rzeczywistosc, lecz realnosc, co ma wiekszy sens.

Autor takiego twierdzenia chyba istnial i jednak je wypowiedzial, a  taki sad o rzeczywistosci przeszedl do historii filozofii. W jej dziejach byli juz mysliciele, ktorzy mysleli podobnie, lecz nie tak radykalnie. Zwlaszcza idealisci negowali istnienie realne swiata materialnego, argumentujac, ze istnieja tylko idee (np. Platon i jego zwolennicy), z drugiej strony materialisci i empirycy krytycznie odnosili sie do sfery bytow duchowych i idealizmu, opowiadajac sie za twierdzeniem, ze istnieje tylko swiat materialny. Pomiedzy tymi skrajnosciami w dziejach filozofii bylo wiele stanowisk posrednich, w rozny sposob traktujacych i odnoszacych sie do problemu, co istnieje realnie, a co nie. Ciekawy sposob podejscia do tego problemu zostal ukazany przez Kartezjusza, ktory takze zanegowal istnienie swiata w Medytacjach o pierwszej filozofii, zakladajac, ze umysl moze byc zwodzony przez jakiegos zlego ducha, jednak w koncu mysliciel francuski doszedl do wniosku, ze wewnetrznego ducha nie mozna oszukac, bo ma on swiadomosc swego istnienia. Stad powstalo slynne Cogito ergo sum/Mysle, wiec jestem. Idac sladem mysli Kartezjusza polski filozof Roman Ingarden  podjal w 20. wieku na nowo Spor o istnienie swiata. Jednak w dziejach filozofii tak radykalnego twierdzenia, jakie wyglosil Jean Baudrillard, nie bylo.

Czy zatem rzeczywistosc jest, czy jej nie ma? Pytanie moze sie wydawac czytelnikowi tych slow zabawne, bo przeciez ma on poczucie, ze widzi poszczegolne elementy rzeczywistosci wokol siebie jak np. ekran monitora, na nim znaki pisma, ktore probuje odczytac, moze sie takze domyslac istnienia innych rzeczy i osob, z ktorymi nie ma bezposredniego kontaktu, lecz o ich istnieniu raczej nie watpi. Poza tym, gdy uszczypnie sie w policzek, to czuje bol, co jest argumentem nie tyle logicznym, ile empirycznym, ktory przemawia za istnieniem jakiejs formy rzeczywistosci.

Nie da sie ukryc, ze istnieja takie formy istnienia, ktore odnosza sie do niebytow. Bo przeciez rzeczony Jean Baudrillard zgodnie ze zdrowym rozsadkiem nie zyje, ale czy to oznacza ze nie istnieje? Z pewnoscia nie, bo zycie biologiczne to tylko jedna z form istnienia. Przeciez istnieje rowniez materia nieozywiona, a poza tym mozna istniec w pamieci u potomnych i w formie zapisu swoich mysli/ksiazek, ktore filozof pozostawil, a takze komentarzy, ktore sa dzielem jego czytelnikow i komentatorow (por. lac. non omnis moriar)..

Powracajac do problemu rzeczywistosci i istnienia, bedziemy w zgodzie ze zdrowym rozsadkiem, gdy powiemy, ze rzeczywistosc ma wiele aspektow, zatem jej istnienie jest wielorakie i skomplikowane, dlatego tez roznimy sie w jej odbiorze. I nie jest tak, ze nic nie istnieje, lecz to, co istnieje, jest odbierane przez nas na wiele roznych sposobow i interpretowane roznorodnie, co powoduje, ze ludzie ze soba rozmawiaja. Przemawialoby za tym argumentem to, ze rzeczywistosc jest postrzegana jako znak, co moze byc interpretowane nie jak by chcial Baudrllard jako argument za nieistnieniem, lecz za problematycznoscia poznawcza istnienia.