JEHOSZUA I KSIEGA PYTAN

JEHOSZUA I KSIEGA PYTAN

 

Jehoszuo, twoja piesn to moja piesn. Jest starsza od twego krzyku, od bieli slowa. „Ty” zsylasz niekiedy wezwanie, by nie ulec  smierci. Jestes jak ziarna kawy, wiecznie niesyte zycia. Twe proroctwa byly ostrzezeniem, prawdziwym jak smak deszczu. A nikt go nie chcial wypic. Twe gluche palce wystukiwaly rytmicznie smak cierpienia. Nikt go nie zatanczyl, nie podal miecza, nastroil ucha.

Jehoszuo, wybacz, prosze jeszcze raz wypusc z ramion twe otwarte slowo. Moj krzyk bedzie cymbalami  i wrzosem na pustkowiu.  Pytasz, czy mozesz zapisac  moja rane, moja ksiege, ktora slepnie od smaku liter. Pytasz, wiec nie odpowiem. Posrod klamstw wieczornej zorzy, w legowisku klosow oddechu, jest ksiega, w ktorej zapisuje pytania do ciebie.

Jehoszuo, podales slowo ponad czasem, ponad cwierkaniem liter. Zapisalem je w ksiedze, gluchej na dzwiek znaczen, odglos ziarna. Otwierasz tylko rany, by przypiec je litera. Otwierasz brzuch i zadajesz gwiazde na oczy. Gdzie jest ma krew, ktora odplynela z ostatnim slowem? Czy bylem zdrajca i niewiernym podnozkiem twojego imienia? Milcz. Chwilami twych warg podnosze i obracam swiat.

(Dokad plynie twoje imie?

Dokad plynie ksiega?

Kiedy ujrze zaslubiny twych slow?

Kiedy zamilkniesz, wybuchna wulkany.)

Kim otworzysz ksiege, Jehoszuo? Kto wypije wiosne z twych slow?

Kim bedziesz, po zamknieciu strony? Czy wypijesz lato z kielicha stokrotek?

Kim bedziesz spelnial ofiare? Czy zapelnisz strone literami  krzyku jesieni?

Zima  bedziesz grzal dlonie w moim imieniu.

Jehoszuo, jestes mym przekresleniem i  otwarta rana. Wyrzucono cie z pamieci, a ty trwasz w odpryskach zdan. Tylko tych niewidocznych, o zapachu swiatla. Czy o tym wiesz? Czy mowiles do nikogo? A tlumy przeklinaly twe imie wraz z imieniem Sary, wraz z imieniem Marka. W powtorzeniu  nocy jestes tylko stukotem klawiatury o drzwi, ktorych nikt nie chce otworzyc.

„Zapomnienie jest udzialem wielu – mowil Rabbi Werto – lecz zapomniec  swiat jest niczym wobec zapomnienia ksiegi”.

Kim jestes piszac me slowa, Jehoszuo?

TRUDNOSC ISTNIENIA

TRUDNOSC ISTNIENIA

Kochac, kochac nie swiat, nie wszystkich,

Lecz matke, ojca, brata, siostre, zone i dzieci,

Przyjaciela… Byc z nimi blisko.

Z pism Yamady

 

Droga, ktora ide, prowadzi daleko, nie ma konca. Jest dluga i nie daje nagrody. Jest wylewaniem znakow, ktore budza do zuchwalosci.

Gdziez jest jej poczatek? W odrzuceniu prawa, w negacji istnienia, w zanurzeniu w potoku pisma. Czy ma koniec? Pewnie w oddechu, ktory wydobywa swiatlo z pluc, zalewa stronice gwarem istnienia. Yamada zawsze powtarzal: Pisanie jest tulaczka po bezdrozach, nie jest trudno isc, lecz wytrwac i stawic czola rozpaczy. Rabbi Yericha dodawal: Trudnosc wedrowki  polega na walce ze znuzeniem, ktore pokonujesz tylko nadzieja. To nic, ze krotka. Wazne ze jest.

PIESN PODRZUTKA

Plyne, w samogloskach,

Plyne, w samotnosci dzwiekow

I niose, w sercu niebo.

I niose w sercu jablko.

I niose w sercu slonce.

Ksiega plonie, zdarza sie, ze rozpala bardziej niz wino, bardziej niz wyzwanie, ktore niesie szlak. Bo tylko w niej zapala sie swieca, a ona niesie zrozumienie kurzu drogi.  Jej dzwieki roztaczaja klacza trudnosci, jej litery przynosza ukojenie – tak uczyl Rabbi Yericha.

A co z istnieniem? Tylko z istnieniem poszczegolnym jak ja? Czy ono ma prawo do wina? Dlaczego milczysz Rabbi? Czyzbys nie znal odpowiedzi na nicosc pisma?

Istnienie nie jest puste, jest tylko trudnoscia, trudnoscia rozumienia i oporem przeciw rozpaczy.

Idz, Marku, wieczorem nasyc sie widokiem trzmiela, zjedz sliwke, poloz glowe na kamieniu.

To bedzie twoja nagroda, a nie zlote runo nicosci, po ktore udales sie do ogrodu. Popatrz wprost na letnie slonce, i nie oslepniesz. Morze da ci ukojenie, a ziemia cisze.

 

PRYWATNE KAWALKI CIEMNOSCI

PRYWATNE KAWALKI CIEMNOSCI

(Rankiem licze fragmenty ciemnosci, nie wiem co czeka mnie wieczorem; moze sprzedam je tobie, bratu lub siostrze. Jeden, z ostrzem skierowanym ku sercu, pojdzie pod mlotek; drugi, ktory szarpie szyje, sprzedam za grosz; z trzeciego, ktory jest chwytaniem oddechu, wypije za twoje zdrowie.

Fragment Piesni watroby Mistrza Enzo).

 

Blogoslawiony ten kawalek blota, ktorym swieca twe stopy, Marku. To on dal ci imie, kazal rosnac, a ty jestes teraz w samym srodku jadra ciemnosci. Karmisz je daktylami, posypujesz zmietymi skrzydlami motyla, i czekasz, czekasz, na slowo powitania. Jestes wypowiedziana ciemnoscia. Troszczysz sie o kazda jej faldke, piescisz jej kolowrotek, calujesz kazde slowo.

„Wznieslismy serca nasze, i nic sie nie stalo. Wladca blota nie zgodzil sie, bysmy spiewali dalej, nasze glosy profanowaly wiatr, i wode, a nasze usta byly nieczyste”.

Mistrz Enzo z Bialej Doliny.

To dlatego, Mistrzu, powracam do kwiatu ciemnosci. Jestem zroszonym jezykiem, slepa sylaba, i wiotkim pragnieniem widzenia.

Ty kazesz powrocic, do wyrywania korzeni, do wyplukiwania wody, rozsiewania chwastow, albowiem tylko nimi mozna sie zywic, by nie stracic kierunku. Wracam, tam, skad leci osa, skad wola ciemnosc. Wracam, bo mnie wezwales, Enzo, drgnieniem liscia na dloni. Powracam do pierwszego slowa, ktore bylo czystym wolaniem, rozwielitka nad brzegiem chaosu. Chlopiecych marzen, aby wszystko bylo jasne, dobre, i obejmowalo czulymi promieniami.

Juz nie wiem, kto mi dal skrzydla, kto zabral litery, sylaby, czyli instrumenty, ktorymi grzebie prywatne nici ciemnosci. Teraz, gdy nadchodzi poranek, dzien osmy, wstaje i zegnam litery alfabetu. One kiedys daly zycie, teraz zabieraja, teraz chlona wszystkie skrzydla oddechu, a piers zatykaja lodygami chwastow.

Mistrzu, tak mialo byc? Przyjacielu, tys mi bratem czy katem?

Dzis wieczor, moja mala przyjaciolko, znow rozchylisz uda i zaspiewasz dla mnie prawym plucem.

Twe usta urodza perly, a ja pozostane ruina slow, porosla piolunem.

W BRZMIENIU SAMOGLOSEK

W BRZMIENIU SAMOGLOSEK

Zraniles mnie barwami samoglosek. To one sa zyciem mych przodkow. W A mieni sie oddech i cztery pory roku. W E widze zas twoj wzrok, dotykasz mnie w O, a U i Y sa spojrzeniami, spragnionymi pieszczoty. Kiedy tak lezelismy spokojnie w Pont Rouge, nad brzegiem morza rozlegl sie dzwiek twego imienia.

O, Saro, nie bedzie nas wkrotce, bo zapomnielismy przepasac sie cialami. Twe inicjaly pamietaja ten wieczor. Samogloski sa twymi zmyslami. To nimi odczuwasz i opisujesz nas, nasz swiat, i nasza milosc.

„Czterema porami roku czlowieka sa sluch, wzrok, slowo i dotyk”. Mowi Rabi Arias.

Komentarze:

  1. Czymze jest zycie, jesli nie gra A?
  2. Jesli A, to M.
  3. Zranienie to spiew wszystkich samoglosek, one wypelniaja kazda stronice, kazdy poranek i wieczor.
  4. Kim byles Marku, tylko piecioma literami? Zgrzytem spolglosek i niemych samoglosek? Brzeczeniem pszczoly, zatroskanej o powrot do ula? Komentarzem slepca, ktory nie widzi znakow na stronie powietrza.
  5. Sara, to w istocie lektura, podwojna jak dwie spolgloski i podwojone A. To marzenie, by ozywic ksiege zapytaniem milosci.
  6. Nie umiem powiedziec, skad przyszly samogloski, jakie nosza imiona? Moze odpowie ci wiatr, tylko wiatr.
  7. Czym jest czytanie? Czym jest czytanie ksiegi? Tylko odpowiedzia na zranienie, modlitwa chmury, ktora kapie deszczem.
  8. Co oznacza potencjalnosc alfabetu? Tylko. Nieskonczonosc. Znaczen. Ksiegi.
  9. Czytam rzezbe, Saro, rzezbe ze znakow, z samoglosek. A to oznacza nieznane.
  10. Zakoncze pytaniem? Czy to oznacza slabosc? Czy to oznacza powtorzenie, powtarzanie, powielanie, ciagle, w nieskonczonosc, tego samego pytania?