MAMA (Baju, baju. Ciąg dalszy)

MAMA

Witold zniesmaczony widokiem kościoła, który przypominał mu znienawidzone wiejskie dzieciństwo, postanowił ogolić się i zasunąć rolety. Do Przybytku Pana należy wchodzić czystym i schludnie przyodzianym – uczyła go matka. A wieża, która panowała nad całą okolicą, była wyzwaniem dla poczucia wielkości Witolda. Włączył radio w łazience, chcąc bezkonfliktowo i z godnością skorzystać z usług maszynki do golenia.

Musi być tuż po piątej – powiedział do siebie i zaczął usuwać resztki szpakowatego owłosienia na policzkach, najpierw jak należy, z prawego, od góry, a potem z lewego – od dołu ku górze. Jeszcze została broda. Nigdy tego nie lubił. Był jednak zadowolony z zakończenia porannego rytuału. Jeszcze parę kropli wody i szczoteczką do zębów pomachać na pożegnanie złym duchom, które przerwały jego błogosławiony zapał, by wrócić do pokoju. Podniósł roletę.

Kiedy ranne wstają zorze, nawet Witold nie pomoże – zaczął śpiewać wtórując do rytmu dzwonom na pobliskiej wieży. Poranek był rześki. Humor jest nawet okej. Naukom z radia płynącym, które nawołują do unikania grzechów, nie dawał zbytnio wiary. Bracia pracują jak należy, a jażem fajtłapa życiowa. Ciągle na łasce mamusi i tatusia, po którym odziedziczyłem rentę rodzinną – mówi cichym głosem, nie zwracając uwagi na to, że nikt go nie słucha. Piżama, ta w biało-czerwone paski, pójdzie do prania. Wszystkie koszule niewyprane – zżymał się. Może będzie ciepło. Włożę podkoszulek. Zaraz do kościoła, by odprawić codzienny rytuał oczyszczania się z grzechów i modlitwy za ojczyznę.

Introibo … Dei.

Nie tak. Pójdę na wieżę. Rozejrzał się. Po prawej stronie koło wejścia do kruchty, w której jeszcze nikogo nie było i wiało szumem wody spływającej z rur, znajdowały się wąskie drzwi. To tam, przypomniał sobie. Ruszył trochę niezdecydowanym krokiem. Nacisnął klamkę i drewniane, ciężkie drzwi uchyliły się, pokazując za sobą kręte schody, zatopione jeszcze w ciemności. Gdzieś musi być włącznik. Mimo wszystko to niebezpieczne. Było nadal cicho. Witold wszedł do wieży, wilgotne powietrze, zatęchły zapach powietrza, drewniane schody skrzypiały.

Pewnie są tu szczury – pomyślał – wielebny wprawdzie trzyma kota, ale on zbyt leniwy, by polować. Dostaje pyszną karmę z pobliskiego supermarketu, więc zdradził ojczyznę. Maciuś lubi się położyć na łóżku i lizać futerko. On taki jak ja zresztą.

Witold zapalił latarkę. Nie zdążył poruszyć się,  gdy nagle usłyszał:

Ty idioto, ty kaznodziejo jezuicki! Nie ukrywaj się. Wejdź i spójrz mi w oczy.

Zawahał się. Po chwili ruszył niepewnie w górę. Mijał na półpiętrach otwory strzelnicze, leniwie uśmiechające się w półmroku. Witold odwrócił wzrok. Tam gdzieś w dole biegnie wartkim krokiem życie. Nienawidzę tego wszystkiego. Z powagą ruszył dalej. Na szczycie zobaczył Antoniego podczas modlitwy za Polskie Siły Zbrojne w Przyszłości Walczące na Zachodzie. Wokół niego stały krzesła i stolik, chyba biedermeier, ściany z wilgotnej cegły zdawały się cieszyć ze spotkania dwóch mężów stanu. Witold zbliżył się do Antoniego, milcząc podał mu rękę z wyraźnym szacunkiem, następnie podszedł do otworu strzelniczego, wyglądającego na wschód miasta.

– In nomine diaboli amicus meus – zaintonował, podczas gdy Antoni obserwował go podejrzliwie. Wydawał się nieco zdziwiony, nieco zaskoczony, później wściekły. Czyżby Witold? Antoni sięgnął po leżący na stole krucyfiks, podniósł go i rozejrzał się wokół siebie. Po czym …

Jestem troszeczku zamroczony – rzekł do siebie – może deczko niewyspany. Rozejrzał się wokół. Mama leżała spokojnie w łóżku, tak jak ją ubrał wczoraj. Zamknięte oczy dymiły spokojem, który udzielił się także Witoldowi. Za oknem słychać było odgłosy przejeżdżających tramwajów, niepokojące piski opon. Z drugiej strony pokoju, gdzie było okno wychodzące na podwórze i ogród, było cicho i przytulnie. Jakby drzewa, wszystkie, i lipy i te nieznośne topole, i podstarzałe kasztany, zawsze stare i dostojne, chciały uszanować ten dzień i tę noc. W pokoju paliły się gromnice, słychać było skwierczenie knotów od czasu do czasu. Ten zapach, zapach nieobecnego życia. Witold zdążył się do niego przyzwyczaić. Poddał się, uspokoił, popatrzył na twarz matki, ręce trzymające szkaplerz, ciało było odkryte, ubrane w odświętną garsonkę.

To jej ulubiony kolor. Powiedział głośno, do kogo? Nad ranem nie można dokładnie odróżnić odcieni czerni. Zresztą, czy to takie ważne? Dobrze wygląda. Mogłaby tak pójść do kościoła. Nie zastanawiał się. Usiadł, rozejrzał się. Szafa nadal otwarta, a na stole leżą nieposprzątane talerze, szklanki, niedojedzone kromki chleba, w garnuszkach fusy po kawie po turecku. Zabawne, wszyscy wiedzą, że Turcy …

Ona się modli – rzekł do siebie Witold.

Zawsze to robiło na nim wrażenie. Jej prosta modlitwa w zderzeniu z jego wściekłą obroną. Teraz nie reagował. Patrzył i milczał, obserwował ręce mamy, jak przesuwały po kolei ziarnka różańca. Żyje? Nie żyje. Ale się modli. Stefan niedługo przyjdzie, pomoże posprzątać, załatwić sprawy urzędowe i wezwać lekarza. Trochę późno, o niczym wtedy nie myślał. Nawet by wezwać pogotowie. Sam stał na straży życia, które jednak się spieszyło do odejścia. Mama była jakby zamyślona, co chwilę spoglądała na zegarek jakby się bała, że nie zdąży na pociąg, bo zamówiona taksówka nadal nie przyjeżdżała, jakby Witolda przy niej nie było, jakby nie słyszała jego próśb, słów, które odbijały się od ścian tam i z powrotem, a potem znikały przenikając mury.

Cóż, stary kretynie, jezuito z zamroczonym rozumem, czy nadal będziesz zaprzeczał?

Dziwny ten głos był ledwo słyszalny, czasem bardziej, czasem mniej, jakby modelowany na jakimś instrumencie, może to organy? Może skrzypce? Nie, skrzypce nie – mówił do siebie Witold. Przecież nie jestem jezuitą, gdzieżby u nas jakiś jezuita się uchował, jakieś kretyństwa albo  coś takiego. Wstał, wziął krzyż do ręki.

Jestem jezuitą, kapłanem i wiernym uczniem. Więc mogę – rzekł nie wiedząc do kogo. Pobłogosławił najpierw sufit, potem łóżko i mamę. Jednak nie sprawiło mu to ulgi. Poczuł się zmęczony, organizm odmawiał posłuszeństwa. Już szarzało. Czas się położyć, odpocząć. Zdążę. Popatrzył w poszukiwaniu dobrego miejsca, nie mógł się zdecydować. Po chwili wstał niezadowolony z siebie i podszedł do łóżka. Usiadł u stóp nieruchomego ciała, obrzuciwszy pokój zimnym, niechętnym spojrzeniem. Taaaaaaak, trzeba ją mimo wszystko obudzić. Jej nos, usta, dobrze uczesana fryzura, jaką zawsze lubiła, z grzywką i krótko obciętymi z tyłu włosami. Dziś już niemodna. Nikt tak nie chodzi. Mamełe, mamełe. Wiem , nie lubiłaś, gdy tak wołałem. Przecież to zabawne. Dlaczego nie? Wolisz po francusku? Maman, niech tak będzie. Mamuszka! Czy eto prawilno?

WOJNA BAROKU z KLASYCYZMEM

Lesław Czapliński DSC00693

„Wojna baroku z klasycyzmem”

Kolejna Filharmonia Kameralna, tym razem Węgierska. IMG_5537 W bardzo interesujący sposób skomponowany został program jej występu. Od Johanna Sebastiana Bacha do Wolfganga Amadeusa Mozarta, z synem tego pierwszego Johannem Christianem na początku. Jego III Sinfonia Es-dur op. 9 WC 18b zapowiada już klasycystyczne kształtowanie materiału tematycznego z pierwiastkami mogącymi budzić asocjacje programowe, a więc sygnałowym motywem rogów, psujących nieco efekt mało precyzyjną intonacją, świadcząc, że są „waltorniami achillesowymi” nie tylko polskich składów orkiestrowych.
Po czym cofnęliśmy się do należącej do baroku kantatowej twórczości jego ojca. W „Ich will den Kreuzstab gerne tragen” BWV 56, w ustępie „Endlich, endlich, wird mein Joch” oboistka bardzo muzykalnie dialogowała z solistą Klemensem Sanderem IMG_5585 , laureatem, a potem jurorem sądeckich konkursów wokalnych im. Ady Sari. Niestety, śpiewak momentami rozmijał się z tekstem i zrehabilitował się w moich uszach” dopiero w następnej kantacie Ich habe genug” BWV 82, być może najpiękniejszej z kościelnych w dorobku Johanna Sebastiana. Tym razem artysta nie miał już kłopotów z intonacją, a pod względem interpretacyjnym szczególnie wstrząsająco zabrzmiały w jego wykonaniu recytatywy, nieskazitelne przy tym pod względem prozodycznym.
W wykonaniu Kateriny Beranovej IMG_5680 nieco wysilony charakter posiadały melizmaty w kantacie „Jauchzet Gott in Allen Landem” BWV 51, a także koloratury w Mozartowskim motecie „Exultate jubilate” KV 165, właściwie wirtuozowskim koncercie na głos, napisanym pierwotnie dla kastrata Venanzio Rauzziniego. W jego wolnym ustępie ujmująco zabrzmiało prowadzenie przez artystkę kantyleny, a w kadencji dała znać o sobie kultura muzyczna w delikatnej artykulacji wysokich dźwięków, stopniowo wzmacnianych dynamicznie.
Uwieńczeniem występu okazała się wcześniejsza, XXIX Symfonia A-dur KV 201, w której orkiestra pod dyrekcją Antala Barnása 0025 rozwinęła skrzydła, demonstrując wszystkie swoje walory, a więc szlachetne, o aksamitnym zabarwieniu, głęboko nasycone brzmienie. Szczególnie Andante zagrano z iście rokokowym wdziękiem, spinając niejako klamrą cały koncert, podczas gdy Menuet prawem kontrastu przybrał zadzierżyste kontury, a rozpędzony finał – Allegro con spirito – pozwolił cieszyć się samym tokiem muzycznym, pozbawionym wszelkich innych treści, niewynikających z niego samego…

 

Zdjęcia z Archiwum Filharmonii Rzeszowskiej

POLSCY FILHARMONICY KAMERALNI z SOPOTU

Lesław Czapliński Kopia (2) Kopia Na Ciecieniu

„Polscy Filharmonicy Kameralni z Sopotu”

 

Sopocka Filharmonia, choć Kameralna, to jednak reprezentuje w pełni symfoniczne zacięcie. fot (29) Grała więc nośnym dźwiękiem o głębokim tembrze.

Zwłaszcza w Mozarcie, wykonywanym na współczesnych instrumentach, dostarcza to kształtu brzmieniowego, od którego zdążyliśmy już odwyknąć, obcując z formacjami wykonawstwa historycznego. Stąd popularna XIII Serenada G-dur „Eine kleine Nachtmusik” KV 525 urosła nieomal  do rangi kolejnej symfonii Salzburczyka, a nie utworu poniekąd z ówczesnego repertuaru rozrywkowej proweniencji. Przysłużyło się to zwłaszcza dosyć kanciastemu, jak na tamte czasy, ujęciu przez kompozytora Menueta, nie tyle dwornego, co do pewnego stopnia rubasznego. Ale i w pozostałych ogniwach daje znać o sobie odchodzenie od utartych wzorów gatunkowych.

Julian Rachlin fot (34) w III Koncercie skrzypcowym G-dur KV 216 wydobywał ze swego stradivariusa krągły, w pełni wyrównany dźwięk o ciepłym zabarwieniu, może nawet za bardzo, albowiem mieliśmy do czynienia z bardzo uładzoną interpretacją tej kompozycji. A przecież i w tym przypadku autor poszukiwał nowych środków wyrazu, o czym świadczy pozostawienie ostatniej części bez domykającej muzyczny przebieg kody.

Wszelkie atuty zespołu  najpełniej ujawniły się w melancholijnej Serenadzie E-dur op. 22 Antonína Dvořáka. Idealne stopienie się muzyków w całościowy organizm wywierało wrażenie jakby obcowania z jednym, zwielokrotnionym instrumentem, w pełni podporządkowanym woli dyrygenta, przejawiającej się w jego gestach. A Wojciech Rajski fot (33) ze swej strony wyraziście zarysowywał tematy i ich przetworzenia, kładąc akcent na aspekt architektoniczny dzieła „czeskiego Brahmsa”, nie tracąc przy tym z „pola słyszenia” jego walorów melodycznych, albowiem i w tym zakresie autor Tańców słowiańskich pozostawał niezrównanym mistrzem.

Całość interesującym słowem wiążącym opatrzył Adam Rozlachfot (17) , albowiem obyczajem tego festiwalu pozostaje głębsza zaduma nad charakterem wykonywanej muzyki.