NIE DO OBRONY

Lesław Czapliński  Kopia IMG_20160507_230036

„Nie do obrony”

 

Kiedy dokładano wszelkich pokrętnych starań, w tym ze strony Radosława Sikorskiego, by nie doszło do wspólnej wizyty Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska w Katyniu, powiedziałem, że, gdyby zdarzyło się jakieś nieszczęście, to trudno będzie rządzącej ekipie uciec od podejrzeń i odpowiedzialności. Kiedy jednak doszło do katastrofy, w pierwszym odruchu zapisałem na blogu, że to pierwsze trafne posunięcie prezydenta Kaczyńskiego, który niebawem przegrałby sromotnie wybory i popadł w zapomnienie, a tak, ginąc za życia (politycznego), będzie miał państwowy pochówek z honorami należnymi głowie państwa. Zastanawiałem się tylko, czy będą to wojskowe Powązki, czy też krypta prezydencka w warszawskiej katedrze świętojańskiej. W najśmielszych przypuszczeniach nie brałem pod uwagę Wawelu. Autentyczne wzruszenie na widok powracającej w trumnach jeszcze niedawno żywej pary prezydenckiej, bardzo szybko zostało skutecznie zniweczone przez rozdęty czas żałoby i ponad miarę rozciągnięte, pompatyczne ceremonie żałobne. Byłem też przeciwny pozostawieniu krzyża przed Pałacem Namiestnikowskim, albowiem teren przed nim nie jest ruskim bazarem, na którym każdy może stawiać co chce.

Początkowo odrzucałem hipotezę zamachu, bo kto przy zdrowych zmysłach przeprowadzałby go na własnym terenie? Potem jednak, wraz z coraz większym mataczeniem przy badaniu przyczyn katastrofy, z różnymi długościami zapisu utrwalonego w czarnych skrzynkach i sprzecznym ich odczytywaniem (raz świadczącym o obecności generała Błasika w kokpicie, drugi raz ją wykluczającym), odnajdywaniu po miesiącach różnych szczątków mimo zapewnień ministerki Kopacz o gruntownym przekopaniu terenu katastrofy, uznawaniu kapitana Protasiuka za niedoświadczonego, mimo że kierował uprzednio lotem do Gruzji, zaczęło pojawiać się coraz więcej wątpliwości, na ile była to katastrofa wspomagana… A Rosjanie, przy całej swej racjonalności, bywają zarazem pamiętliwi i nie odpuszczają tym, na których zagięli parol, co potwierdzają przypadki ściganych na krańcu  świata i aż po grób Lwa Trockiego, Stepana Bandery czy w bliższych nam, putinowskich już czasach Aleksandra Litwinienki.

Nie należę ani do plemienia smoleńskiego ani platformerskiego.

Szedłem więc na „Smoleńsk” bez uprzedzeń i z góry ugruntowanego nastawienia na tak lub nie. Niestety, film nie pozwolił mi sekundować mu bez zastrzeżeń.

Składa się jakby z wielu matryc. A więc przejętych z filmów socrealistycznych postaci i sytuacji zredukowanych do poziomu alegorii,  jednoznacznie nacechowanych pod względem wartości. Zwłaszcza rzuca się to w oczy na początku, gdy nadchodzi komunikat o katastrofie i pojawiają się pierwsze na nią reakcje. Z tychże przeniesiono też zasadę typażu, a więc fizjonomicznego określania postaci, kto swój, a kto wróg, kogo należy lubić, a kogo nienawidzić. A zatem wyzbyci wszelkich ludzkich odruchów Rosjanie, będący bezdusznymi automatami, wydrążonymi na kształt pałub 653480.2 , na dodatek często o azjatyckich, mongoidalnych rysach (mało kto wie, że pojęcie kałmuckiej krwi, płynącej jakoby w rosyjskich żyłach, zawdzięczamy Karlowi Marxowi, będącemu jednym z największych rusofobów). Podobnie, niczym troglotydzi, ukazani są przeciwnicy pochówku na Wawelu, demonstrujący przed krakowską kurią (przeważają wśród nich osoby na oko przypominający Wietnamczyków), a w epizod ich oponenta, „jedynego sprawiedliwego” wcielił się Leszek Długosz, znany bard krakowskiej Piwnicy pod Baranami, skonfliktowany na tle politycznym ze swym dawnym środowiskiem. Podobnie, jako dzicz, wykonująca obsceniczne miny, jawią się demonstrujący przeciw obecności krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Zwłaszcza w zestawieniu z powagą uczestników żałobnego zgromadzenia  653487.2653489.2 .

Z „Człowieka z żelaza” zaczerpnięto zogniskowanie narracji wokół zdeprawowanego, sprzedajnego dziennikarza telewizji (tam peerelowskiej, granego przez Opanię, tu publicznej lub związanej z rządem komercyjnej, w którą to postać wcieliła się Beata Fido 653483_1.2 ). Pod wpływem wypadków: tam strajków na Wybrzeżu i powstania Solidarności, a tu katastrofy smoleńskiej, przeżywają oni moralne odrodzenie, by sprostać dziennikarskiemu etosowi, które to pojęcie drwiąco przywoła demoniczny szef telewizji, grany przez Redbada Klynstrę 653485_1.2 (ten jeden z najzdolniejszych polskich aktorów zdaje się coraz bardziej schodzić na manowce, odkąd zaprzestał był współpracy z Krzysztofem Warlikowskim i jego zespołem). Z kolei z „Człowieka z marmuru” przejęto wprost relację łączącą tego ostatniego z bohaterką – nawet w sytuacyjnie podobny sposób rozegrano ich rozmowy na telewizyjnym korytarzu, tyle, że tym razem redaktor nie szuka schronienia przed dociekliwą podwładną w toalecie, lecz w windzie.

Film sprawia wrażenie, jakby reżyser nie potrafił ostatecznie zdecydować się na gatunek, w jakim zostanie on rozegrany: czy ma być to polityczny thriller, sensacyjny z wątkiem śledczym, czy też hagiograficzny. Nie rozumiem, po co włączono stosunkowo epizodyczny wątek z udziałem aktorów, przywołujący wyprawę prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji 653479.2 oraz kilka scen z lotu do Smoleńska 653478_1.2 , skoro można było posłużyć się materiałem dokumentalnym (tak postąpiono w odniesieniu do Donalda Tuska i Władimira Putina). Postacie, świetnie znane i zapamiętane z przekazów telewizyjnych, w wydaniu aktorskim rażą na ogół naiwną nieudolnością  w upodobnieniu do swoich pierwowzorów 653490_1.2 .

Poza tym film Krauzego wikła się w sprzecznościach: skoro rosyjski kontroler lotu z Siewiernego odczuwa wyrzuty sumienia za sprowadzenie samolotu na zbyt niską wysokość, co mu zostało podsunięte przez zwierzchników, to raczej należało już zrezygnować z ukazania wybuchu w powietrzu, bo są to raczej hipotezy wzajemnie się wykluczające.

Skądinąd finałowa apoteoza, w której uczestnicy przerwanego lotu spotykają się ze zgładzonymi w Katyniu oficerami, może zostać uznana za przejaw negacjonizmu, że do katastrofy w ogóle nie doszło, jak to było we Francji w przypadku Wajdowskiego „Korczaka”, w którym tytułowy bohater obiecuje swym wyprowadzanym z sierocińca podopiecznym, że jadą na majówkę, co w planie symbolicznym spełnia się, kiedy od transportu do Treblinki odłącza się jeden z wagonów, rozsuwają się drzwi i na edeńską łąkę wysypują się dzieci ze swym wychowawcą, a co we Francji uznano za zaprzeczenie holokaustu i cofnięto dotację dla dystrybutorów filmu.

Lepiej by się stało, gdyby film, miast jednoznacznie rozstrzygać, zasiał raczej wątpliwości, pozostawiając resztę domyślności widzów. Niestety, twórcy (a głównie zapewne współscenarzyści: Maciej Pawlicki i Marcin Wolski) woleli im podsunąć wprost, co mają myśleć.

A zatem „Smoleńsk” to stracona okazja. Szkoda.

 

„Smoleńsk”. Scen. Marcin Wolski, Maciej Pawlicki, Tomasz Łysiak, Antoni Krauze. Reż. Antoni Krauze. Zdj. Michał Pakulski. Muz. Michał Lorenc.

Obejrzane w krakowskim kinie Mikro dzięki uprzejmości p. Iwony Nowak.

 

Gołąbek Kardynałek@gołąbek_kardynałek [twitteratura]

kardynał ptak

Gołąbek Kardynałek@gołąbek_kardynałek

@gołąbek_kardynałek,

Tyś #kłamczuszek-aniołek,

Wezwanie do #miłości

Przypomną #ludzie prości!

 

Gołąbek Kardynałek@gołąbek_kardynałek

Dziewko moja droga,

Skoroś ty @dlaboga,

Nie chcemy cię w klubie,

Bo #my przy Belzebubie.

 

Gołąbek Kardynałek@gołąbek_kardynałek

Kocham cię, @Gołąbku,

Nie mów więc „Ty czubku!”

Bardzom chciała dzieciątka,

@Jezus dla nas to #gratka.

 

Gołąbek Kardynałek@gołąbek_kardynałek

Nie szukaj tylko @władzy,

Nie wzbudzaj bogactw @żądzy,

Nie żyj krzywdą @człeka,

I nie udawaj @Greka.

 

 

NA TRAKCIE do DAMASZKU

Piotr Marek Stański1/Lesław Czapliński2 Kopia (7) l

NA TRAKCIE do DAMASZKU”

Franciszek z Asyżu i Dżelaleddin Rumi zw. Mewlaną spotkali się 10 marca 1225 roku po Chrystusie, czyli 17 dnia miesiąca moharrem 623 roku hidżry na trakcie wiodącym do Damaszku. Pierwszy zdążał do sułtana Egiptu, aby go nawrócić na chrześcijaństwo, drugi w poszukiwaniu swego zaginionego mistrza duchowego i ukochanego Szamseddina Tebrizi. Wypłowiały, zgrzebny habit koloru kawy z mlekiem okrywał wynędzniałe ciało Włocha. Ubogi wędrowiec z zachodnich krajów minął właśnie miejsce, w którym, jak mu serce podpowiadało, przed wiekami pewien rzymski wódz padł był bez zmysłów i czucia  i trwał w zupełnym otępieniu, a gdy przyszedł do siebie, powstał całkowicie odmieniony, nie pamiętając niczego, co było przedtem. Gdy skończył odmawiać modlitwę i miał ruszyć dalej przed siebie, jego oko spoczęło na zbliżającym się z tyłu jeźdźcu, noszącym wschodnim obyczajem drogie szaty z adamaszku, wysadzane cennymi kamieniami. Gdy zetknęły się ich spojrzenia, tamten go pozdrowił i zapytał: „W imię Boga litościwego i miłosiernego, dokąd zmierzasz, Franku?”. „Szczęść Boże!”, odpowiedział Franciszek „Do sułtana Egiptu, a ty, bracie derwiszu?”.

Mewlana orientalnym obyczajem zwraca się do towarzysza podróży „Franku”, albowiem na muzułmańskim Wschodzie mianem „Francuza” obdarzano wszelkich przybyszy z Zachodu. W przypadku Franciszka z Asyżu, to zwyczajowe miano o tyle się odnosiło do niego osobiście, że jego matka Giovanna Pica pochodziła z Prowansji, a więc południowej Francji, a jego włoski przydomek Francesco, wskazywał po prostu na tego rodzaju pochodzenie i oznaczał „Francuzika”. Za sprawą matki poznał być może katarskie idee ruchu ubogich, które powrócą w szerzonych przezeń poglądach na odnowę chrześcijaństwa. Pod wpływem okrucieństw wojny pomiędzy Asyżem i Perugią oraz zetknąwszy się z nieludzkimi warunkami pracy farbiarzy, zatrudnianych przez ojca, bogatego kupca Pietro Bernardone, doznał wewnętrznego wstrząsu, oznaczającego duchową inicjację. W przytomności zgromadzonych na głównym placu rodzinnego miasta: biskupa, duchowieństwa oraz mieszczan, zwrócił ojcu wszystko, co mu zawdzięczał, łącznie z ubiorem, i nago opuścił mury Asyżu, by wieść odtąd żebracze życie ubogiego mnicha, utrzymującego się z jałmużny. Franciszek, jako jeden z pierwszych, stosował metodę przezwyciężenia zahamowań poprzez odwrócenie uwagi od głównego przedmiotu czynności. I tak, cierpiącemu na nieśmiałość bratu Rufinowi z założonej przez siebie wspólnoty, nakazał udać się nago do kościoła w Asyżu i wygłosić tam kazanie. Gdy tenże, mimo to, albo może właśnie dlatego, nie potrafił wydusić z siebie słowa, a zebrani w świątyni wierni szydzili z niego i franciszkanów, iż w wyniku narzucanych sobie postów pomieszało się im w głowach, ukazał się wszystkim sam Franciszek, w pewnym oddaleniu podążający za konfratrem, by w razie potrzeby przyjść mu z pomocą. Też był nago, lecz bez najmniejszego skrępowania wstąpił na ambonę i wygłosił płomienną homilię, pod wpływem której wszyscy zebrani zapomnieli o okolicznościach, a w pełni skupili się na jej treści, która sprawiła, że płakać zaczęli rzewnymi łzami ze wzruszenia, tak że szlochy wypełniły kościelną nawę w miejsce poprzednich śmiechów i naigrawań. Za sprawą filmu Franco Zeffirellego „Brat słońce, siostra księżyc”, siedemset pięćdziesiąt lat później, 3 października 1980 roku Franciszek jeszcze raz obnażał się, tym razem w głównej nawie krakowskiej bazyliki pod swoim wezwaniem, pod czujnym i surowym okiem Boga Ojca z witraża Stanisława Wyspiańskiego, a prelegent w habicie jego reguły uprzedzał wątpliwości co wrażliwszych dewotek, aby uchronić je przed żywszym biciem serca i uderzeniami krwi, że wszystko, co zobaczą, a wydać się może im niestosownym, a nawet nieobyczajnym, zgodne jest z historycznymi przekazami, w tym poświadczone w hagiograficznych „Kwiatkach św. Franciszka”.

250px-Saint_Francis_of_Assisi_by_Jusepe_de_RiberaEkstaza sw. Franciszka El Greca

Św. Franciszek z Asyżu wg obrazu Jusepe de Libery i jego Ekstaza wg obrazu El Greca

„Na poszukiwanie Słońca”, odrzekł Mewlana. „To będziesz musiał, bracie, zaczekać noc całą”, odparł pielgrzym z Zachodu, spojrzawszy na niebo. „Moje Słońce jest z tych, co nigdy nie zachodzą”, ze stanowczością w głosie odpowiedział człowiek Wschodu. Przy tych jego słowach podbiegł do nich bezpański pies. Mewlana już miał schylić się po kamień, by go odpędzić, gdy powstrzymała go ręka Franciszka, który pokornie go poprosił: „Bracie, nie podnoś dłoni na brata Psa”. „Mówisz zupełnie jak moje Słońce Tebryzu”, odrzekł zdziwiony Mewlana, odkładając kamień. Przybysz z Asyżu, spojrzawszy na niebo zasnute chmurami, stwierdził: „Dziś już nie obaczymy nawet oblicza brata Księżyca, poszukajmy więc gdzieś noclegu”. „Wstąpmy zatem do pobliskiego karawanseraju, cudzoziemski derwiszu”, zaoferował Dżelaleddin.

Podczas wieczerzy zdali sobie sprawę, że ktoś ich podsłuchuje. Przy sąsiednim stoliku siedział pozbawiony zarostu młodzieniec, na którego policzkach dostrzec można było, niczym na owocach brzoskwini, ledwo zaznaczający się puszek, a którego białą płeć zdobił jedynie sypiący się dopiero czarny wąsik. Odziany był w strój derwisza: zieloną dżibbę, opończę z sierści wielbłąda, narzuconą na sufi, okrycie z surowej wełny. Zdawał się nie tylko chwytać w lot sens ich rozmowy, ale też coś notował. Czyżby szpieg, których wielu kręciło się po gościńcach i domach zajezdnych w ten czas niespokojny wojen krzyżowych? Rumi zwrócił się do niego, napominając go z przyganą w głosie: „Młodzieńcze, nosisz strój derwisza, ale nie on czyni nim, lecz prawość serca i jawność czynów, a ty w skrytości nastawiasz uszu i łowisz nasze słowa, które potem mogą zostać przeciw nam obrócone”. Zrazu nie mógł wydusić z siebie słowa, tylko spłonił się prawiczym rumieńcem ze wstydu, że został przyłapany na niegodnym uczynku. W końcu nieśmiało wybąkał, lekko się zająkując: Je-je-stem Sa-a-a-di, z Sz-sz-szy-razu”. Po latach uwieczni ich w jednej ze swoich przypowieści, o derwiszu i chrześcijańskim mnichu.

Zawiera się w tym nawiązanie do przydomku ukochanego mistrza – „Szamse Tabrizi”, co na polski wykłada się jako „Słońce Tebryzu” – z którym łączyła Mewlanę silna wieź duchowa i erotyczna, i pod wpływem którego doznał swoistej inicjacji. W ich relacji, a więc daleko idącym zawładnięciu osobowości Dżelalaeddina przez Szamseddina, dopatrzyć się można prefiguracji tej, jaka sześć wieków później połączy Adama Mickiewicza i Andrzeja Towiańskiego, z tym, że o ile w pierwszym wypadku pobudziła ona poetyckie powołanie, to w drugim raczej je zdusiła. Dżelaleddin Rumi cieszył się wśród muzułmanów, żydów i chrześcijan, zamieszkujących Konyę w czasach panowania Turków Seldżuckich, zgodną opinią świątobliwego męża, wykładającego nauki sufizmu, mistycznego odłamu islamu. Stąd zyskał przydomek Mewlany, czyli naszego Pana. Według niego narzędziem poznania Boga jest dusza, w której odbija się jego oblicze, ale jak zwierciadło bywa pokryte rdzą i pozostaje nieprzejrzyste, również ludzka dusza, za sprawą grzechu i uwikłania w doczesność, uniemożliwia tego rodzaju objawienie. Mewlana odmawiał przyjęcia szahady (czyli muzułmańskiego wyznania wiary) od zgłaszających się do niego żydów i chrześcijan, uważając, iż instytucjonalne formy wyznawania religii są tylko pierwszym krokiem do celu i nie warto powtarzać go od początku poprzez zmianę wyznania, albowiem, tak naprawdę, każdy musi indywidualnie odnaleźć własną, odpowiednią dla siebie drogę (tzw. tarikat), która zawiedzie go do stanu jedności z Bogiem. Pomocnymi na tej drodze mogą być używki, jak wino, prowadzące do stanu upojenia, pozwalającego przezwyciężyć własną istność, alienującą od transcendencji, czy też ćwiczenia fizyczne, jak obiegowy i wirowy jednocześnie taniec, odzwierciedlający harmonię sfer, czyli ruch planet wokół słońca i własnej osi, praktykowany przez derwiszów Mewlewich, zwanych tańczącymi, zgromadzenia założonego przez syna Mewlany, Sułtana Weleda. Proces ten wymaga wzniesienia się ponad system przeciwieństw rozumowania dyskursywnego, stąd myśl suficka, podobnie jak filozofia indyjska, posiada wybitnie apofatyczny charakter i operuje oksymoronami. W tym kontekście prawdziwa religia jest zarazem wiarą i niewiarą. Wracając jeszcze do związku Dżelaleddina Rumiego z Szamseddinem Tabrizim, to uzupełniali się oni charakterologicznie. O ile ten pierwszy uosabiał miłość i łagodność, czym zyskiwał sobie życzliwość otoczenia, to ten drugi, swym rygoryzmem i nieprzejednaniem, potrafił budzić grozę i niechęć, o czym świadczy następująca przypowieść. Miał on pewnego razu, na widok kata, wykrzyknąć: „Oto człowiek miłosierny”. Kiedy jego towarzysze wyrazili zdumienie, wyjaśnił: „Odbierając skazańcowi życie, uwolnił go od doczesności i przybliżył do Boga oraz wieczności”. Do pewnego stopnia może się to kojarzyć z miłosierdziem Inkwizycji, która też, paląc heretyków, rzekomo oswabadzała ich z grzechu i za cenę śmierci ratowała dla wieczności ich duszę. Kiedy indziej, obrażony przez muezzina, nakazującego opuścić mu meczet, sprowadził nań skołowacenie języka. Mimo próśb imama, nie uwolnił go od tej przypadłości, jedynie, gdy tamten wyzionął ducha, zmówił modlitwę za jego zbawienie.

220px-MolanaMawlana_rumi

Dżelaleddin Rumi zw. Mewlaną wg perskich miniatur

PIERWSZA NOC FRANCISZKA i MEWLANY

Przez okno wdzierał się do izby mocny, lekko oszałamiający zapach rozkwitłych krzewów róż, spomiędzy których gałęzi dobiegał namiętny śpiew słowika. „Nie śpij druhu, nocy tej, gdybyś przespał aż do ranka, już byś nigdy nie odzyskał nocy tej”, ozwał się Mewlana w te słowa do Franciszka, który utrudzony drogą skłonił głowę, przymknąwszy oczy. Tenże, ściszonym głosem odrzekł: „Ja tylko zasłuchałem się w trele brata słowika, który wyśpiewuje chwałę Pana”. Następnie wygłosił płomienne kazanie nie tylko do słowika, ale i róż. „Bracie słowiku, siostry róże! Swoim pięknym śpiewem, pieszczącym słuch, i swoim słodkim aromatem, sycącym nozdrza, wysławiacie piękno świata, stworzonego przez Pana dla pożytku wszelkiego stworzenia. A w każdym stworzeniu tkwi Bóg, a w Bogu tkwi każde stworzenie. Dobra siostra noc przynosi ukojenie i daje odpoczniecie po trudach i znojach czasu, nad którym włada jej brat-bliźniak, brat dzień”.

Schroniłem się w gęstwinie róży, wszak miłości pragną róże”, zawtórował mu Mewlana. Do izby wleciała ćma i, odbijając się od ścian, niebezpiecznie przybliżyła się do płomienia świecy. Wtedy Franciszek rzekł do niej: „Siostro ćmo, wiem, żeś ślepa, a brat płomień mógłby cię skrzywdzić. Pozwól zatem, że na powrót powierzę cię nocnej ćmie, twojej siostrze” i delikatnie ujął ją w kolebkę, uczynioną z dłoni, i ostrożnie przeniósł, by wypuścić za oknem. „Czemu chcesz odwrócić przeznaczenie? Trzeba zniszczyć siebie, tworząc Boga!”, skomentował jego starania Mewlana. „Bóg jest miłością i nie wymaga od nas takich poświęceń”, odpowiedział Franciszek. Wracając, zdmuchnął świecę. Ogarnął ich mrok. Spowiła ich noc ciemna, noc czuwania. „Jam ten, co idzie wśród mroku”, głos Mewlany rozległ się w ciszy, jaka zapadła. „Idę do Damaszku w poszukiwaniu mojego druha, który przepadł bez wieści. A byliśmy jak bracia jednorodzeni: Słońce i Księżyc, jak Eufrat i Tygrys, które łączą swe wody, by, niczym one, razem wpłynąć i roztopić się w morzu istnień. Tak i my staliśmy się jednym, by zatracić się w Bogu”, ciągnął dalej swą opowieść Dżalaleddin.

O północy wstałem we śnie i przechodzę wśród upiorów – Gdzie on jest?

Kiedy płomień świecy łka, On beze mnie w nocy sam – Gdzie on jest?

Straż pytałem miejską w bramach: Czy z wielbłądem szedł w pustynię – Gdzie on

jest?

Z moich oczu płynie rzeka – zapada w morze ciemne – Gdzie on jest?”.

Zamilkł na chwilę, by następnie, po słowach: „Nie był nikt jak Ty i nie będzie nigdy!”, wybuchnąć nagle głośnym szlochaniem.

Nazajutrz, o brzasku, znów ruszyli przed siebie. Kiedy dotarli do bram Damaszku, nastała dla nich pora i miejsce rozstania. Franciszek, nie zatrzymując się w mieście, wyruszył w dalszą drogę do sułtana Egiptu, a Mewlana rozpoczął poszukiwania zaginionego druha.

W tradycji mistycznej noc oznacza porę duchowego czuwania w celu doświadczenia olśnienia. Dotyczyło to zarówno antycznych misteriów eleuzyjskich, jak i opisu ćwiczeń duchowych św. Jana od Krzyża, mających doprowadzić do uniesień, a więc zawieść na Górę Karmel. W sufizmie do zjednoczenia z Bogiem prowadzić miała gorąca Miłość, rozumiana również w sensie dosłownym, jako adoracja konkretnej osoby, ukochanego, stanowiącego wyobrażenie, czy zgoła ucieleśnienie Absolutu, aż do pełnego zatracenia się w nim, co wyrażał przenośny obraz ćmy, spalającej się w płomieniu świecy. A więc noc, to także czas mistycznych godów, zaślubin z Bogiem. Zarazem jednak pamiętać należy, iż w odniesieniu do tego kluczowego dla sufizmu pojęcia panuje niejednoznaczność i nieokreśloność: na ile posiada ono wyłącznie mistyczny charakter i dotyczy Boga, a na ile przybiera również wymiar zmysłowy i znajduje spełnienie w konkretnym obiekcie. Na dodatek sprawę komplikuje brak w językach bliskowschodnich rozróżnienia rodzajów gramatycznych. Niekiedy identyfikacja z Bogiem, jako przedmiotem miłości, prowadziła do heretyckiego ogłoszenia się nim samym, za co czekały okrutne represje – np. w Aleppo tureckiego poetę Seyida İmadeddina Nesimiego odarto żywcem ze skóry, którą następnie wypchano słomą i ku przestrodze obwożono po kraju oraz wystawiano na widok publiczny.

W przypadku św. Franciszka z Asyżu miłość oznaczała solidarność z wszelkim stworzeniem, czy szerzej przyrodą, skoro mianem braci i sióstr obdarzał nie tylko zwierzęta (np. wilka z Gubbio) i rośliny, ale i tzw. naturę nieożywioną (słońce czy księżyc). Na marginesie warto wspomnieć, że szacunek wszelkim żywym istotom, okazywał osiemnaście wieków wcześniej oświecony Mahawira, zwany Dżiną, czyli Zwycięzcą, założyciel indyjskiej religii, od jego przydomku noszącej miano dżinizmu, a której wyznawcy do dziś chodzą boso, a niektórzy zgoła nago, by przypadkiem nie skrzywdzić niechcący jakiejkolwiek formy życia. Właściwie za swoje heretyckie poglądy Franciszek powinien był podzielić los katarów (masakra Béziers w 1209), ale po stłumieniu ich działalności, papież Innocenty III doszedł do przekonania, że wystąpienie to wychodziło naprzeciw pewnym autentycznym potrzebom społecznym, a więc może się odradzać, stąd żeby mieć je pod kontrolą, postanowił doprowadzić do powstania „koncesjonowanych katarów” w łonie Kościoła, którymi stali się franciszkanie.

395px-Mahavir597px-Mahavra_1900_art800px-Mahavira_Accepting_Alms

Mahawira zw. Dżiną (Zwycięzcą)

Po kilku miesiącach Franciszek i Mewlana znów spotkali się na tym samym trakcie, nieopodal miejsca, gdzie przed wiekami pewien rzymski wódz doznał nieoczekiwanej przemiany. Tym razem jednak zdążali nim w przeciwnym kierunku, w stronę Aleppo. Franciszek w trakcie modlitwy wspomniał, jak sam, wracając z niewoli podczas wojny z Perugią, doznał nagle chwili słabości, zsuwając się z konia i dotkliwie się przy tym potłukłszy, co uznał zrazu za następstwo przebytej niedawno choroby. Gdy usłyszał znajomy głos: „Znów się spotykamy w tym samym miejscu, Franku”, postanowił podzielić się ze wschodnim przyjacielem swoim przeżyciem sprzed lat. Tamten to skomentował po swojemu: ”Widocznie dotknął cię skrzydłem właśnie przechodzący mimo anioł Azrael?”. Jak się wkrótce okazało, ani pierwszemu nie udało się nawrócić sułtana, ani drugiemu natrafić na ślad najmniejszy Słońca Tebryzu. Nagle Franciszek zatrzymał się i na widok ślimaka, na którego o mało co nie nadepnął, schylił się i przeniósł go w bezpieczne miejsce, na porastające chwastami obrzeże drogi, wypuszczając ze słowy: „Bracie ślimaku, podążaj bez obaw w sobie wiadomym kierunku”. Dochodziła właśnie trzecia po południu. Franciszek zaczął nagle wić się z bólu. Na jego dłoniach pojawiła się krew. „Co ci jest, Franku?” – z niepokojem w głosie zapytał Mewlana. „Znów otwierają mi się rany w miejscach, w których przebity został Mewlana Jezus” – wyjaśnił. „My też mamy szacunek dla Isy, przedostatniego proroka”, odrzekł Dżelaleddin. „Ale, na Boga, co masz na myśli, mówiąc o jego ranach, Franku?”. „Te, zadane mu podczas ukrzyżowania. Gwoździe utkwione w stopach i dłoniach, przebity włócznią bok”. „Miłując poznałem krzyż i chrześcijan, lecz tego, com szukał na krzyżu nie było, bo zaiste i proroka Isy tam nie było, albowiem to Szymon Cyrenejczyk został zań umęczony, a Pan uniósł Isę z al-Kuds do siódmego nieba, niczym sześć wieków później proroka Mahometa. I Mahomet na dwa strzały z luku stał od tronu Boga, by móc zapoznać się z niebieskim Koranem, jak Mojżesz przed nim, otrzymujący Dziesięcioro Przykazań na Górze Synaj . Zaiste, ukrzyżowany został zaś w Bagdadzie sufi al-Halladż, gdy w świętym zapamiętaniu odnalazł w sobie Boga i wszem to ogłosił po placach i meczetach miasta miast. A prorok Isa powróci przed dniem Sądu, by zapanować w dni ostatnie i wezwać zmartwychwstałych przed oblicze Boga” – urwał swoje kazanie imama, na widok Franciszka, nadal skręcającego się z bólu. „Widzę, Franku, że bardzo cierpisz” powiedział, przejęty współczuciem dla swego towarzysza. „Może się cofniemy i zatrzymamy w karawanseraju, gdzie spędziliśmy noc poprzednim razem?”. Resztę drogi, dzielącej ich od zajazdu, przeszedł, niosąc w ramionach drobne i prawie nic nie ważące, skrwawione ciało Franciszka.

Franciszek z Asyżu i Mewlana, a także podsłuchujący ich w jadalni karawanseraju młodzieniec – Saadi z Szyrazu, który dożyje prawie setki i stworzy dwa arcydzieła literackie z gatunku skarbca przypowieści: „Park” oraz „Ogród różany” – żyli mniej więcej w tym samym czasie, kiedy mongolskie zagony pustoszyły wschodni Iran, skąd przenieśli się daleko na zachód rodzice Dżelaleddina z narodzonym synem, a także docierały do wschodnich połaci Europy, by niebawem stanąć pod murami Legnicy. Z kolei na jej zachodnim krańcu zakończyła się niedawno krucjata przeciw albigensom, zakończona rzezią Béziers.

Sułtan przyjął Franciszka z poważaniem i po przyjacielsku, ale pozostał niewzruszony na jego słowa, nie odstępując od swojej wiary. Zapewnił mu wszelako bezpieczne opuszczenie granic swych dziedzin. Mewlana, co prawda, za pierwszym razem odnalazł w Damaszku Słońce Tebryzu, za drugim jednak przepadł on bez śladu, prawdopodobnie zamordowany przez zazdrosnych zwolenników Dżalaleddina, a może nawet z poduszczenia jego własnego syna Sułtana Weleda. Orhan Pamuk w „Czarnej księdze” utrzymuje, że do jego śmierci przyczynić się mógł sam Mewlana, a przynajmniej nie uczynił niczego, by temu zapobiec, gdyż pod wpływem zrodzonej w ten sposób tęsknoty pragnął wykrzesać w sobie odpowiednie natchnienie poetyckie, które wydało potem jego największe dzieło – „Mesnewi Manawi” (Poemat Duchowy). Poza tym niedostępny przedmiot miłości, na dodatek trwale, wzbudza tym większe pragnienie i tym samym może jeszcze doskonalej wyobrażać niedostępnego i nieosiągalnego Boga. Ale my, tym zuchwałym pomówieniom, nie dajemy najmniejszej wiary.

DRUGA NOC FRANCISZKA i MEWLANY

Złożył je w izbie zajazdu, którą im przeznaczono. Rany Franciszka zamknęły się równie nagle, jak otwarły, i wkrótce przyszedł on do siebie. Dżelalaeddin jednak nadal przy nim czuwał. A gdy zapadła pochłaniająca wszystko ćmą czarną noc ciemna, przemówił do niego łagodnym głosem: „Odpędź z oczu twoich sen!”, albowiem, zdrożony i wyczerpany atakiem Franciszek, chciał ulec ogarniającej go senności. „Posłuchaj, jak cicho, inni śpią, my i Bóg jesteśmy sami, nocy tej”, ciągnął dalej. A potem jednostajnym, głosem zaczął recytować: „Mąż Boży trwa bez snu,

Mąż Boży pijany jest bez win –

Mąż Boży w wiecznym jest zdumieniu,

Mąż Boży głęboko jest ukryty”.

Bracia: Słońce i Księżyc, Siostry Planety, ruszcie z posad bryłę świata niemrawych umysłów i uśpionych dusz!”, wyszeptał na to Franciszek. Nie długo kazał czekać myślom, by stały się czynem. Z wolna podniósł się i w rytm monotonnie wypowiadanych słów Mewlany zaczął z wolna obracać się dookoła siebie, a jednocześnie okrążać Dżelaleddina jak ziemia słońce: „Mąż Boży nie jest mróz ni żar,

Mąż Boży jest morzem niezmierzonym,

Mąż Boży dżdżem jest bez nawałnic

Mąż Boży w niewierze jest wierzący,

Mąż Boży nie zna cnót ni grzechu”. Jego wirowanie nabierało coraz większej prędkości. Nie przerwał nawet wtedy, gdy Dżelalaeddin zamiast dalej recytować, jął rytmicznie uderzać w dłonie. Tenże, w pewnym momencie, jakby w urzeczeniu, zaczął prawie bezgłośnie powtarzać: „Tyś jest teraz dla mnie Słońcem Asyżu!”. W chwili najwyższego uniesienia Franciszek zdołał tylko wykrzyknąć: „Boże, Boże, Boże!” i zastygł nagle w całkowitym bezruchu niczym w osłupieniu. Trwał tak długo, dopóki Dżelaleddin delikatnie nie przesunął kilka razy dłonią przed jego oczyma, następnie dotknął jego ramienia, a w końcu łagodnie doń przemówił: „Rozjaśnij się – w mrok zejdziesz znów!”.

Nazajutrz, o brzasku, przed wyruszeniem w tym samym kierunku: Dżelaleddin bliżej, do Konyi, a Franciszek dalej, do Porcjunkuli, zaszli do herbaciarni posilić się przed czekającą ich długą drogą. W głębi sali dostrzegli tego samego młodzieńca, co poprzednim razem. On z kolei wracał z al-Kuds, czyli Jerozolimy. Pewnego razu, po zmierzchu, obrabowano go. Następnego dnia wyruszył w drogę w tym, co mu pozostało. Nie skarżyłem się na ludzi, ani złe losy, choć musiałem iść w drogę ubogi i bosy. Wtem, gdy razu jednego do dżamiji wchodzę, postrzegłem, leży żebrak bez nogi i na drodze. Nauczył mnie tym bardziej milczeć ów ubogi, lepiej mnie bez obuwia, niż jemu bez nogi!”. Wspomniał też o dziwnym zdarzeniu, jakie go spotkało było, gdy przechodził przez Damaszek. O zachodzie słońca, znienacka zastąpił mu drogę dziwny derwisz. Słowo po słowie opowiedział o tym, co zaszło tu pomiędzy nimi przed kilku miesiącami, jakby sam był przy tym. Zanim odszedł, zdążył jednak powiedzieć: „Jeślibyś zabłądził w mroku uśpionego umysłu, albo oślepło twoje serce, to nie odmówię ci pomocy”. „A jak cię odnajdę”, odrzekłem na to. „Pytaj o Szamseddina, a na pewno wnet natrafisz na mnie”. „Coś powiedział?”, Dżelaleddin zerwał się na równe nogi i zawołał, chwytając chłopca za poły ubrania i przyciągając go do siebie. „Jak nazywał się ten derwisz?”. „Szam-s-s-sed-din”, wyjąkał lekko spłoszony Saadi, próbując zarazem uwolnić się z uchwytu. „Wybacz, Franku, nie będę ci towarzyszył w drodze powrotnej, lecz cofnę się do Damaszku”, Dżelaleddin zwrócił się do Franciszka, puszczając w końcu młodzieńca. „Sam rozumiesz. Odprowadzę Cię tylko do miejsca, w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy”, dokończył. Gdy doszli tam, gdzie upaść miał Szaweł, by powstać jako Paweł, nastał czas pożegnania. „Wspomnij mnie, na rany Mewlany Isy, bracie derwiszu”, zwrócił się Franciszek do Dżalaleddina. „Wspomnij, na miłość twego druha, ty, mój Boże!”, odpowiedział mu Rumi i zamilkli. Po czym, by ukryć ogarniające ich wzruszenie, odwrócili się i każdy szybkim krokiem odszedł w swoją stronę.

Saadi z Szyrazu

Saadi z Szyrazu

Papież Jan XXIV ogłosił św. Franciszka patronem nudystów 17 grudnia 2098 roku w Toruniu, dokąd stolicę Piotrową przeniósł jeden z jego poprzedników, pochodzący stamtąd zakonnik, a później papież Pius XIII. Tego samego dnia, w rocznicę śmierci Mewlany, rządzący Turcją talibowie zburzyli mauzoleum w Konyi, aby położyć kres bałwochwalczemu oddawaniu czci sufickiemu heretykowi, którego wyznawcy pielgrzymowali doń, stawiając księgę jego poezji na równi z autorytetem samego świętego Koranu, zesłanego przez Boga Mahometowi w al-Kuds. Dużo wcześniej, ich laiccy poprzednicy zakazali odbywania zebrań sema, na których wykonywano obrzędowy taniec derwiszów Mewlewich. Jan XXIV, nie przypadkiem dzielący imię ze swym wielkim poprzednikiem, soborowym odnowicielem Kościoła, nie tylko przywdział biały garnitur w miejsce sutanny i przeprowadził się do zwyczajnego mieszkania, a pieniądze, uzyskane ze sprzedaży pałacu, rozdał pomiędzy potrzebujących, ale podczas swej inauguracji przeprosił meżołóżców i żonołóżczynie za cierpienia, jakie przez wieki znosić musieli ze strony Kościoła, a także przemyśliwał nad zwołaniem szóstego soboru laterańskiego, by ogłosić na nim nie tyle wynoszenie na ołtarze, gdyż od dawna zaniechano kultu relikwii, co czczenie pamięci wielkich humanistów innych wyznań, a nawet zgoła niewierzących, czyniąc ich powszechnymi, a więc katolickimi patronami ludzkości. Miał na myśli świętych: Giordana (Bruno, ofiarę inkwizycji), Lwa (Tołstoja, obłożonego anatemą przez cerkiew), Mahatmę (Gandhiego, zamordowanego przez hinduskiego fanatyka) i właśnie Mewlanę. Jedyne, co go powstrzymywało, to obawa przed urażeniem wiernych innych religii i w konsekwencji ich poróżnieniem, ze względu na możliwość posądzenia z ich strony o chęć przywłaszczenia sobie ich duchowego dziedzictwa, a mające właśnie miejsce wydarzenia w Konyi stanowiły jakby dodatkową przestrogę i utwierdziły go w tym przekonaniu.

Kraków-Asyż-Konya lipiec/sierpień 2012

W niektórych kwestiach Mewlany w głównym tekście wykorzystano oryginalne słowa jego wierszy w tł. Tadeusza Micińskiego, co zaznaczono kursywą.

1 Narracja – Piotr Marek Stański

2 Komentarz – Lesław Czapliński

 

Panienek Syrenek @panienek syrenek [Twitteratura]

syrena

Panienek Syrenek @panienek syrenek

RT @Hilary daj #dolary,

Po #wybory #kacyki

Przyślą nam #patyki,

Taki świat. Jam już stary.

 

Panienek Syrenek @panienek syrenek

Jam jest #chłop czyli #baba,

#Prawda, mucha nie siada,

@Oener o tym wie,

Cicho! Niech zatka się.

 

Panienek Syrenek @panienek syrenek

@Donald nie noś Trampek,

Przybędzie animuszu

W twoim kapeluszu,

Gdy zaśpiewa @Cichłopek.

 

Panienek Syrenek @panienek syrenek

Dawaj czadu, @aniołek,

Obiecaj mi #stołek,

Jak trza, to damy radę,

Wypijemy malagę.

[bws_related_posts]

Karp Samobujca@karp-samobujca [Twitteratura]

karp-ok

Karp Samobujca@karp-samobujca

@Polaczek mi skacze,

#Serce zakołacze,

#Świenta, więc śpiewam w chuże

Zaklentych z kalambuże.

 

Karp Samobujca@karp-samobujca

 

@kamikadze ze mnie zrub,

#Okrent wnet wysadze,

A gdy już wam dogodze,

@PAD nie umyje mi stup.

 

Karp Samobujca@karp-samobujca

 

#Nurz zanórz w butonierce,

Zapomnij o manierce

Barszczykó, wszak @kiełbasa

To @rzycie pierwsza #klasa.

 

Karp Samobójca@karp-samobujca

 

@eóropa mnie wkóża,

Bo słaba, niezbyt dórza,

Pujdem wnet do jihadu,

Zawołam: spiepszaj @dziadu!

Lobster Homerek@lobster-homerek [TWITTERATURA]

Lobster Homerek@lobster-homerek crab-42880_1280

@prawdziwek nie bądź #grek,

A zamiast mnie, zjedz stek.

Smaczna jest również #teczka

Aniołka Anteczka. J

 

 

Lobster Homerek@lobster-homerek

@Antoś jam na wymarciu,

A ty mi o rozdarciu

A ty mi, żem chory.

#Czas już na amory.

 

Lobster Homerek@lobster-homerek

 

No, @grzybek-prawdziwek,

No passaran! a #kotek

Hop! Znów na płotek,

Potem przyjdzie #napiwek.

 

Lobster Homerek@lobster-homerek

@wróbelek-elemelek

Szybko zjedz cukierek.

Oj, zamiast karmelka,

Nie będzie wróbelka! 🙁

„Po kiego grzyba?” [PLUS RATIO]

„PO KIEGO GRZYBA ?” fly-agaric-547324_1920

„Po kiego grzyba ?” to cytat z komentarza internauty do posta, który przeczytałem na Fejsbuku. W pierwszej chwili poczułem się rozbawiony jego uwodzicielską prostotą, a dalej, zaciekawiony,przeczytałem sam post, który był przyczyną zdziwienia internauty, a dla mnie stał się okazją do rozważań natury ogólniejszej.

By PT Czytelnika dłużej już nie trzymać w napięciu oczekiwania na wynurzenia o tym, jakiż to kolejny absurd w Ojczyźnie naszej, nareszcie wolnej i suwerennej, mam na myśli, wyjaśniam, co następuje. Otóż pewien bloger, którego danych nie mogę podać ze względu na brak konsultacji i ustawy o prawie prasowym, i o ochronie danych osobowych itp. Napisał, że na szlaku prowadzącym na Rysy, cytuję: „zamontowano metalowe schody”!

Cieszcie się PT Rodacy, to nie kolejny dowód zdziecinnienia i zdurnienia, które jak średniowieczna zaraza opanowało umysły „większej większości”, wyrażoną matematycznie przez „plusy dodatnie”, naszego (jakiego jeszcze?) społeczeństwa? Narodu? Załączony obrazek i słowa internauty pocieszają mnie, że to się dzieje po słowackiej stronie Tatr.

Schody na Rysy

(C) tatromaniak.pl

Turyści, jak mniemam, będą wyrażali nieujarzmioną satysfakcję, że w sandałach (panowie) lub klapkach czy szpilkach (damy) będą mogli zdobywać dziką przyrodę. Jej obrońcom pewnie marzy się filozoficzny pęd do natury? Niestety filozof, niejaki Rousseau, został zdekonstruowany przez (o zgrozo!) Jacquesa Derridę, również filozofa, który nie wykazał solidarności zawodowej ani płciowej (wymienieni Panowie to mężczyźni) wobec swego kolegi po fachu. Takiego filozoficznego wymiaru zdobywania (sic!) szczytów górskich pewnie wspomniani turyści nie są świadomi, co dla naszego „prawdziwego patrioty” jest kolejnym uzasadnieniem wyższości „polskuey nacyi” nad ościennymi pobratymcami.

„Po kiego grzyba?” – należy spytać jeszcze raz. Mam na to pytanie dwie odpowiedzi. Pierwsza jest natury filozoficznej diagnozy życia w „ciekawych czasach”, którą określa się jednak terminami naukowymi jak „polska paranoja”, „polski absurd” czy „polskie bagno”. Nie jest to z pewnością stwierdzenie odkrywcze, oryginalne, finezyjne intelektualnie, poznawczo lub estetycznie, lecz z pewnością podzielane nie tylko przeze mnie. „Taki mamy klimat” społeczny, lecz od chwili, gdy poczułem przelewająca się falę goryczy w moim organizmie, postanowiłem dać jej ujście, by nie zginąć podczas zaszczytnej „walki o niepodległość” myślenia, co spowodowałoby tylko to, że krew by mnie nagła zalała. Zatem to reakcja obronna organizmu na szalejącą chorobę. Dziś zażyłem lekarstwo w formie cytatu „PO KIEGO GRZYBA?”. Ciąg dalszy nastąpi. Obiecuję.

Komar Zboczeniec @komar zboczeniec [Twitteratura]

Komar Zboczeniec @komar zboczeniec

#Ojczyzna to siwizna,

Skroni, Ja-Zboczeniec,

Szepczę: „To moja #blizna”,

@Rodak : – to jest #szaleniec!

Mój w tym udział, talizman.

 

Komar Zboczeniec @komar zboczeniec

@sokrates zna twój adres,

#PolskieDzieci znów w sieci,

#barbaria -pytają –

Znów do nas przyleci?

 

Komar Zboczeniec @komar zboczeniec

@komar zboczeniec co

Mój ty bratku na to,

Że zamiast dumania,

Wolisz formę lania?

 

Komar Zboczeniec @komar zboczeniec

#Brat w ojczystej biedzie

Na pewno cię #zawiedzie,

@Brat, pamiętaj, że @chwat,

Nigdy nie chwyta za bat.

insect-1130497_1920