Rzecznik Praw Rządu Pawik@rzecznik_pawik

czerwony-piora-paw

Rzecznik Rządu Pawik@rzecznik_pawik

 

@Nasz #dyplomatołek

Błyskiem wzleciał na #stołek,

Gdy zejdzie ze stołka,

Braknie dyplomatołka.

 

Rzecznik Praw Rządu Pawik@rzecznik_pawik

 

@PAD miałeś dzień ciężki?

Odpuść, niech@ ekolożki

Wpuszczą @ruchadełko,

Wtedy spłódź #arcydziełko.

 

Rzecznik Praw Rządu Pawik@rzecznik_pawik

O tejże ważnej sprawie

Powiem w akuzatiwie,

To #grzech, #owszem, twierdzę,

Gdy mój #zarodek skrzywdzę.

 

Rzecznik Praw Rządu Pawik@rzecznik_pawik

#Dzień_Zawsze_Dobry_TV

Powiedział, żem #chłop_na_schwał,

Nawet kota zgwałciłem

I #morda nie zbrudziłem.

 

 

MONOTEISTYCZNE KORZENIE TOTALITARYZMU

Lesław Czapliński Kopia Kopia Kopia 13528974_1244343505585332_1404454341851493250_n

MONOTEISTYCZNE KORZENIE TOTALITARYZMU”

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.

Księga Wyjścia 20, 3

Nie ma Boga oprócz Boga, a Mahomet jest

jego prorokiem

Shāhāda, muzułmańskie wyznanie wiary

Bóg Izraela jest zazdrosnyi. Do wyłączności dąży również w swym wymiarze uniwersalnym z objawienia Mahometaii. Żąda zatem całkowitego wyrzeczenia się wszelkich innych wyobrażeń Absolutu oraz zupełnego wyparcia związanych z nimi form kultu, a także pełnego podporządkowania się swojej woli, wyrażonej w spisanych przekazach, składających się na kanoniczny wykład zasad wiary. Monoteistyczne religie zasadniczo nie dopuszczają więc możliwości współistnienia z innymi systemami eschatologicznymiiii. Na ogół też zakazana jest, a nawet karana konwersja z własnego wyznania (głośna sprawa Katarzyny Malcherowej, spalonej w 1539 roku na krakowskim Rynku za przejście z katolicyzmu na judaizm, czy dość powszechna tego rodzaju praktyka w wielu krajach muzułmańskich). Z podobnych przesłanek wypływa poniekąd głoszona przez rosyjską Cerkiew doktryna „prawosławnego terytorium kanonicznego” jako zastrzeżonego dla jej wyłącznych wpływów, choć można się jednocześnie zastanawiać, czy jej obecny renesans nie wynika raczej z postimperialnego dziedzictwa doktryny o podziale stref wpływów politycznych?

Izrael to naród wybrany, z którym Bóg zawarł przymierze (tzw. berit) pod warunkiem przestrzegania Zakonu, podczas gdy islam to właśnie poddanie się woli Boga, a muzułmanie to umma, czyli wspólnota wiernych. W obydwu przypadkach nie mogło zatem być mowy o oddzieleniu państwa od instytucji religijnych. Skutkiem powyższego, zarówno w judaizmie od czasów panowania Machabeuszy w Judeiiv, jak i w krajach muzułmańskichv, ideałem (lub normą) stała się teokracja, czyli system rządów w części, lub w całości, wyprowadzony z przepisów, zawartych w objawionych księgach. A więc prawa mojżeszowego, sformułowanego w Torze, a ściśle w Księgach kapłańskich, oraz szariatu, stanowiącego integralny składnik Koranu. Z tego też powodu partie wyznaniowe w Izraeluvi do dziś uniemożliwiają przyjęcie nadrzędnej wobec ustaw konstytucji, albowiem byłby to ich zdaniem świętokradczy akt zakwestionowania boskiego autorytetu Pięcioksięgu jako jedynego i najwyższego źródła praw. Podobnie w wielu państwach muzułmańskich niemożliwym jest ustanowienie autonomicznych kodeksów: karnego czy rodzinnego, które nie wynikałyby z szariatu. Tym samym większość, jeśli nie wszystkie dziedziny życia jednostki i społeczeństwa, podporządkowane zostają prawu religijnemu. O ile jednak judaizm cechowała tendencja do zamknięcia się w granicach własnej wspólnoty etnicznej, to siła napędową islamu był prozelityzm ekspansjonizm, dążące do objęcia przezeń swym zasięgiem jak największych obszarów i zamieszkujących je ludów, a co za tym idzie narzucenia im jego zasad.

Z doktrynalnego punktu widzenia chrześcijaństwo nie jest monoteizmem w ścisłym tego słowa znaczeniu, na co w jego łonie zwracali już uwagę w IV wieku arianie, a następnie unitarianie. Również wytknął mu to islam, zwalczając w Koranie pojęcie Trójcy (złożonej według niego z Boga, Jezusa i Dziewicy Maryji, V, 116)), uznane za przejaw szirk, czyli politeizmuvii. Ale nie tylko z tej przyczyny idea świeckości oraz rozdziału władzy cywilnej i religijnej mogła zrodzić się w stworzonej przezeń cywilizacji. Tkwiła ona poniekąd w nauczaniu samego Jezusa i głoszonej przezeń formule: „Cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie” (Ewangelie synoptyczne: św. Mateusza 22, 21, św. Marka 12, 17 i św. Łukasza 20, 25)viii. W pewnym sensie o autonomii sfery polityki wobec wiary świadczyła też, przyjęta po wojnach religijnych XVI wieku zasada Cuius regio, eius religio, dopuszczająca w praktyce wybór państwowego wyznania przez świeckiego władcę.

W chrześcijaństwie wyłączność jednego Boga stopniowo zastąpiona została przez wyłączność jednej, scentralizowanej i hierarchicznej organizacji wyznaniowej, powstałej w miejsce samodzielnych dotąd gmin („Jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół” jak ujmuje to trydenckie wyznanie wiary). Również ona uzurpuje sobie pewne prerogatywy w zakresie prawodawstwa, zwłaszcza cywilnego, np. zwalczanie instytucji świeckich ślubów i rozwodów. Jednakże teokratyczne dziedzictwo judaizmu najpełniej urzeczywistniło się w chrześcijaństwie na grunt wymiarze monastycznym, przy czym zaznaczyć należy, że ten typ praktyki religijnej jest całkowicie obcy zarówno duchowi wyznania mojżeszowego, gdzie jest Zakon, czyli prawo, ale nie ma zakonów, jak i islamu. W tym ostatnim znane są, co prawda, bractwa, ale osób świeckich, posiadających rodziny. Bezżenność bowiem nie jest stanem przez nie pożądanym, ani cenionym, a w judaizmie wręcz niewskazanym, skoro może się przyczynić do opóźnienia nadejścia oczekiwanego Mesjasza. W Paragwaju natomiast w wiekach XVII i XVIII jezuici usiłowali nawet rozszerzyć ten typ wspólnoty na całe społeczności miejscowych Indian, tworząc dla nich teokratyczne i totalitarne organizmy państwowe, zwane redukcjami. Z jednej strony, dzięki nim tubylcza ludność przestała być obiektem eksterminacji oraz zyskała ochronę prawną, z drugiej zobowiązana była do rygorystycznego przestrzegania surowych i oktrojowanych (tj. odgórnie nadanych) regulacji, poddających drobiazgowej kontroli protektorów całokształt jej egzystencji. Ostatecznie jezuicka utopia została poniechana, a to z obawy kolonizatorów przed możliwością rozwinięcia się w dłuższej perspektywie emancypacyjnych aspiracji Indian.

Wcześniej to właśnie zakony rycerskie ogniem i mieczem szerzyły Dobrą Nowinę, czyli ewangeliczne przesłanie miłości. W ogóle totalitarny rys monoteizmu w chrześcijaństwie najdrastyczniej ujawnił się w związku z krzewieniem przezeń swych nauk, czyli prozelityzmem, odrzucającym wszelką koegzystencję z innymi wierzeniami. Pochodną tego stały się wojny religijne, podejmowane przez państwa, w których panowały kulty monoteistyczne, lub definiujące się jako takie. Na tym tle doszło do jednego z pierwszych starć cywilizacyjnych doby nowożytnejix. Jego widownią stała się na przełomie XVI i XVII wieku Japonia, gdzie dochodziło do przypadków prześladowań chrześcijańskich misjonarzy i konwertytów (15 lutego 1597ukrzyżowano koło Nagasaki 26 osób), ale paradoksalnie nie tyle z powodu religijnej nietolerancji (skoro współistniały tam rodzimy shintoizm i napływowy buddyzm), co raczej w celu jej zapobieżenia, albowiem głosiciele nowej wiary (zwłaszcza hiszpańscy dominikanie i franciszkanie) dążyli do wykorzenienia dotychczasowych kultów, nie tylko poprzez nawracanie, ale również przez równanie z ziemią świątyńx. Warto w tym miejscu wspomnieć o religijnie motywowanych „świętych wojnach”, toczonych w imię szerzenia wiary (chrześcijańskie wyprawy krzyżowe w celu odzyskania upamiętnionej życiem Jezusa Ziemi Świętej, muzułmański dżihad w celu rozszerzenia granic wspólnoty islamu, jedynie na gruncie mistycznego sufizmu rozumiany metaforycznie jako doskonalenie wewnętrzne), oraz dwudziestowiecznej ekspansji militarnej z przyczyn ideologicznych, mającej doprowadzić do światowej rewolucji i wyzwolenia uciskanych ludów. W obydwu przypadkach określano je jako „sprawiedliwe” (przez św. Augustyna w odniesieniu do misyjnychxi), lub w „słusznej sprawie” (przez doktrynę marksistowską w zastosowaniu do eksportu rewolucji).

O ile myśl zachodnia, zarówno religijna, jak i filozoficzna, opiera się grosso modo na rozumowaniu dialektycznym, odwołującym się do dualistycznej koncepcji bytu, posiadającej na dodatek silne zabarwienie aksjologiczne, to dla kultury wschodniej właściwe jest dążenie do wzniesienia się ponad te sprzeczności, zwłaszcza w sferze sacrum, ale także na gruncie filozofii („jest i nie jest” jako fundamentalna zasada indyjskiego ajdwatyzmu)xii, posiadających wybitnie apofatyczny charakter. I tu być może tkwi przyczyna, dla której dalekowschodnia religijność odznacza się synkretyzmem. W konsekwencji tamtejsze wierzenia w znaczne mierze wolne są od aspektu totalitarnego i nie uzależniają przyjęcia swych doktryn od wyrzeczenia się innych koncepcji eschatologicznych. Buddystaxiii może być równocześnie shintoistą i chrześcijaninem (jak to się dzieje w Japonii), lub konfucjanistą i taoistą (np. w Chinach). W Wietnamie powstało nawet nowe wyznanie – kaodaizm, łączące nauki poprzednio wymienionych z etyką, głoszoną przez świeckie autorytety w rodzaju Victora Hugo i Lwa Tołstoja.

Gwoli sprawiedliwości godzi się jednak zaznaczyć, że występujące w tamtych cywilizacjach tendencje totalitarne, przejawiające się głównie w daleko posuniętej podległości jednostek, wynikają nie tyle z uwarunkowań religijnych, co społecznych. Stanowią pochodną feudalnego systemu zależności i powinności klanowych, usankcjonowanych przez konfucjańskie kodeksy, nie posiadające jednak uzasadnienia sakralnego. A także taoistycznych poglądów kosmologicznych, według których lad universum pozostaje w ścisłym związku z ładem społecznym. Jednocześnie także w łonie monoteizmu spotkać się można z bardziej otwartym nastawieniem wobec innych wyznań oraz indywidualistycznym traktowaniem wiernych. Dotyczy to przede wszystkim heterodoksyjnych kierunków mistycznych, np. sufizmu w obrębie islamu. Jeden z jego czołowych reprezentantów – Dżelaleddin Rumi zw. Mewlaną – odradzał żydom czy chrześcijanom, entuzjazmującym się jego nauczaniem, przechodzenie na islam, zalecając pozostanie przy dotychczasowej wierze, a tylko indywidualne ćwiczenie bezpośredniego doświadczenia transcendencji, albowiem radykalna zmiana tradycji mogłaby jedynie zaszkodzić osiągnięciu tego celu. Zresztą Erich Fromm doszukuje się powodu tolerancji systemów religijnych Indii i Chin właśnie w tym, że ich celem nie jest właściwa wiara, lecz właściwe postępowanie: „Jeśli właściwa myśl nie jest ostateczną prawdą i nie jest drogą do zbawienia, wówczas nie ma powodu, aby zwalczać innych ludzi, którzy doszli do innych sformułowańxiv.

W judaizmie, islamie i chrześcijaństwie występuje idea apokaliptycznego wypełnienia czasu, związanego z oczekiwanym nadejściem Mesjasza, Mahdiego czy też ponownym przyjściem Zbawiciela (Chrystusa) i zapanowaniem Królestwa Bożego na ziemi. W dwóch pierwszych przypadkach mają to być wybrani przez Boga przywódcy religijni, pozbawieni jednak cech nadludzkich. Niezależnie od tego, oznaczać to będzie kres historii, rozumianej jako dzieje upadku (antyczny mit o następstwie coraz mniej doskonałych wieków, palotyńska teoria emanacji, chrześcijańskie pojęcie grzechu pierworodnego). Z tych właśnie mesjanistycznych wizji wzięły początek nowożytne utopie, m.in. o sprawiedliwym społeczeństwie, będącym świeckim odpowiednikiem Królestwa Bożegoxv. Z kolei dalekim pokłosiem apokaliptycznej zapowiedzi tysiącletniego panowania Chrystusa była Tysiącletnia Rzesza (Tausendjähres Reich) w ideologii nazistowskiej i to pomimo deklaratywnego odwoływania się do dziedzictwa i symboliki przedchrześcijańskich kultów germańskich. Poza tym totalitarna wyłączność jedynego Boga i jego ludu przeniesiona została na uprzywilejowany pod względem rasowym i cywilizacyjnym naród i jego charyzmatycznego przywódcę, co znalazło wyraz w formule: „Jeden naród, jedno państwo, jeden wódz” (Ein Volk, Ein Reich, Ein Führer). A także znalazła odzwierciedlenie w przypisywaniu szczególnej roli dziejowej, jako sile napędowej zmian, określonemu stanowi społecznemu lub klasie (proletariat u Marksa i klasa robotnicza w marksizmie). Z kolei wyłączność jednej organizacji kościelnej zyskała swój odpowiednik w monopartyjności ustrojów totalitarnych i związanym z tym monopolem ideologiczno-politycznym.

W dobie ekspansji teorii feministycznych warto się zastanowić, na ile monoteizm religijny i totalitaryzm ideologiczno-polityczny są wytworami dominacji patriarchalnego porządku społecznego? Zwłaszcza w przypadku islamu, jego fanatyzm w znacznej mierze uznać można za pochodną zmarginalizowania i wyparcia w kulturze muzułmańskiej pierwiastka kobiecego. Zdają się to dostrzegać również intelektualiści, wyrośli w kręgu oddziaływania tej religii, jak na przykład Alif Lakhdar. W swoim szkicu „U podłoża osobowości terrorystycznej”xvi, wskazuje on m.in. na rozpowszechniony wśród muzułmanów kult „ojca narodu” jako jedną z przyczyn tego stanu rzeczy. Skądinąd już Siegmund Freud w poszukiwaniu substytutu pierwotnego ojca, jako autorytetu, upatrywał genezy judaistycznego monoteizmuxvii. Podobną prawidłowość daje się też zaobserwować w odniesieniu do katolicyzmu, gdzie zasada paternalistycznego podporządkowania ucieleśniona została w osobie papieża i jego autokratycznej pozycji, co znalazło bezpośredni wyraz w przyznawanym mu tytule Ojca Świętego. Ponadto kościół katolicki jest jedną z najbardziej zmaskulinizowanych instytucji, a rola kobiet, zarówno w laikacie, jak i wśród kleru, podrzędna, czego w żaden sposób nie umniejsza fakt, ze w poczet doktorów Kościoła zaliczone zostały Katarzyna ze Sieny i Teresa z Avila.

Wyłaniający się z tekstu Lakhdara obraz tradycyjnego społeczeństwa muzułmańskiego (prymat i dominacja interesów zbiorowości nad ubezwłasnowolnioną i zagubioną jednostką, niechęć do obcych i wszelkich zmian), wykazuje liczne wspólne rysy z charakterystyką totalitarnego „społeczeństwa zamkniętego”, kategorią ustanowioną przez Karla Rajmunda Popperaxviii. Z kolei Hans Küngxix przyczyny totalitarnej represywności islamu upatruje w tym, że w swym rozwoju nie przeszedł on fazy odpowiadającej reformacji oraz odrodzeniowemu humanizmowi, a szczególnie oświeceniowemu racjonalizmowi i sekularyzacji. Co prawda, już sto lat wcześniej Ernest Renan utrzymywał, że islam doświadczył podobnej ewolucji, tyle że w odwrotnym kierunku: od otwartości i uniwersalizmu kalifatu Abbasydów, w którym rozkwitały nauki i filozofia, odwołujące się w znacznym stopniu do tradycji arystotelesowskiej, po integryzm imperiów zdominowanych przez ludy tureckie, w których filozofię wyparła ciasno pojmowana teologiaxx. Rozróżnia przy tym islam jako religię oraz islamizm jako fundamentalistyczną doktrynę. Przeprowadza też paralele pomiędzy teokracja muzułmańską a chrześcijańską, której historycznym przejawem było Państwo Kościelne. W tym kontekście zauważa: „Wolność nie jest nigdy bardziej okaleczona niż w ustroju, w którym dogmat króluje i niepodzielnie włada życiem cywilnym. W czasach nowożytnych mieliśmy dwa przykłady takich reżimów: państwa muzułmańskie oraz dawne Państwo Kościelne, kiedy posiadało władze doczesną. Trzeba jedna zaznaczyć, że o ile świecka władza papieska ciążyła zaledwie nad małym krajem, to islamizm ciemięży znaczną część naszego globu, gdzie podtrzymuje idee wyjątkowo sprzeczne z postępem: państwa opartego na rzekomym objawieniu oraz dogmatu rządzącego społeczeństwemxxi.

Jeszcze inaczej sprawy potoczyły się z judaizmem. Pod wpływem otoczenia, w niemieckich ośrodkach żydowskiej diaspory wyłonił się oświeceniowy ruch Haskali, pod wpływem którego dokonano reinterpretacji niektórych rygorystycznych i szczególnie anachronicznych przepisów religijnych, zwłaszcza w odniesieniu do statusu kobiet, a gminy, które przyjęły te zmiany, zyskały miano synagog reformowanych.

Odnotujmy jeszcze współcześnie obserwowane zjawisko, polegające na tym, że o ile wyrosłe z monoteistycznych wyznań świeckie utopie oraz ideologie znalazły się w odwrocie, to wspólne im tendencje totalitarne odżyły na powrót tam, skąd wzięły początek, i przybrały postać religijnych fundamentalizmów, przeżywających z kolei wyraźny renesans i opanowujących coraz większe obszary życia społecznego i obyczajowego.

i Por. „Ja Pan, twój Bóg jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy mnie nienawidzą”. Księga Wyjścia 20, 5.

ii Na marginesie warto zauważyć, że pojęcia Jahwe, Allaha i Boga, jako osobowej formy Absolutu, są tożsame co do swej ontologicznej natury, a ich nazwy w językach: hebrajskim, arabskim i polskim synonimami.

iii Islam czyni tu wyjątek dla tzw. ludów księgi, czyli żydów, chrześcijan i tych religii, które posiadają swe prawdy wiary w formie spisanej. Były one jednak zobowiązane opłacać specjalny podatek z tytułu pozostawionej im swobody wyznania.

iv Mircea Eliade, Joan P. Couliano „Słownik religii”, warszawa 1964.

v Błędne są polskie określenia: mahometanizm i mahometański, albowiem w przeciwieństwie do Jezusa w chrześcijaństwie, Mahomet jest tylko prorokiem i jako taki nie jest obiektem kultu, zastrzeżonego wyłącznie dla Boga. Podobnie jest z Mojżeszem w judaizmie. Nota bene Jezus, jako Isa, jest także muzułmańskim prorokiem.

vi Jakkolwiek osadnictwo żydowskie i powstanie państwa Izrael było inicjatywą zasadniczo świeckiego ruchu syjonistycznego, niekiedy wbrew odłamom ortodoksyjnym, to w jego systemie politycznym dużą role odgrywają drobne partie religijne, bez których niemożliwe jest utworzenie jakiejkolwiek stabilnej koalicji rządowej.

vii Mircea Eliade, Joan P. Couliano „Słownik religii”, Warszawa 1964.

viii Por. Wulgata: „Quae sunt caesaris, cesari, et quae sunt Dei, Deo”.

ix W rozumieniu Samuela P. Huntingtona, a więc o podłożu religijnym, w odróżnieniu od konfliktu na tle trybu życia, jak to było w przypadku osiadłych ludów Imperium Rzymskiego oraz germańskich i azjatyckich koczowników pod koniec ery starożytnej.

x Trzeba zaznaczyć, że występowały w tym względzie różnice w zależności od zakonów, reprezentowanych przez misjonarzy. Na przykład portugalscy jezuici Franciszka Ksawerego, a zwłaszcza Aleksandra Valignianiego, wykazywali pewną skłonność do inkulturacji ante litteram niektórych pierwiastków buddyzmu, co nazywano wówczas akomodacją, a co uzewnętrzniało się m.in. w noszeniu przez misjonarzy ubiorów miejscowych mnichów Zen.

xi Św. Augustyn „O państwie bożym”, IV, 15.

xii Zwraca na to uwagę także Erich Fromm w „Szkicach z psychologii religii”, Warszawa 1966, s. 108.

xiii Niekiedy spotkać się można z opinią, że nie jest on religią w ścisłym tego słowa znaczeniu, albowiem nie jest ukierunkowany na sacrum (czy to rozumiane jako Absolut, czy szerzej jako transcendencja). Na tym tle doszło swego czasu do kontrowersji, gdy Jan Paweł II nazwał go systemem ateistycznym („Przekroczyć próg nadziei”, Lublin 1994, s. 78), co skądinąd posiada uzasadnienie merytoryczne, ale budzi sprzeciw z przyczyn historyczno-aksjologicznych, albowiem z konfesyjnej perspektywy jawi się on jako przejaw tendencji nihilistycznych. Jeśli jednak za kryterium religii przyjmie się zbawczy charakter doktryny (wyzwolenie z kołowrotu wcieleń), wynikającej nie z rozumowej dedukcji czy empirycznej indukcji, ale objawienia (historycznego Buddy – Sidharthy Gautamy), przyjmowanego na mocy aktu wiary (np. w transmigrację dusz), to buddyzm spełnia te założenia.

xiv Erich Fromm, op. cit., s. 111.

xv Za przykład nietotalitarnego urzeczywistnienia komunistycznej utopii uznać można syjonistyczny ruch wspólnot kibucowych, powstających na zasadach pełnej dobrowolności.

xvi Za: „Courier International” z 18 listopada 2001.

xvii Siegmund Freud „Mojżesz, jego lud i religia monoteistyczna” w: „Człowiek, religia, kultura”, Warszawa 1967, s. 207.

xviii Karl Rajmund Popper „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie”, Warszawa 1993, ss. 192-224.

xix Hans Küng, wywiad dla „die Welt” z 6 marca 1989.

xx Ernest Renan „l’Islamisme et la science”, Paris 1883.

xxi Ibidem, s. 17.

AD PLURIMOS ANNOS, CRACOVIA DANZA!

Lesław Czapliński DSC00693

„Ad plurimos annos, Cracovia Danza!”

Wczoraj Balet Dworski Cracovia Danza obchodził swoje dziesięciolecie. Z tej okazji wystawiono autotematyczne widowisko „Balet o muzyce”.

Wszystko zaczyna się od rozpiętej w poprzek sceny pięciolinii 14705736_1343776658975349_51737995969413969_n , na tle której lub pomiędzy jej wstęgami poruszają się tancerze 14705746_1343777095641972_7470022084158760639_n . To był wstęp, czyli uwertura, po której nastąpił alegoryczny balet instrumentów, na których wizerunki wystylizowane zostały kostiumy i nakrycia głowy, tak że kolejnym solowym występom towarzyszył dźwięk odpowiadających im: fletu 14657425_1343777405641941_3501910967200469653_n , klawesynu 14604854_1343777575641924_6229061692443513762_n , skrzypiec 14570210_1343777712308577_1186377820902834550_n , gitary, oboju, choć w tym ostatnim przypadku jego wizualizacja przywoływała raczej serpent 14639682_1343778352308513_3955651732979051622_n , a według zestawienia obsady miała to być trąbka, oraz bębna 14724575_1343778498975165_6957173730060485895_n .

Za sprawą umiejętności tanecznych Dariusza Brojka na pierwszy plan w tej konkurencji wysunął się klawesyn, albowiem tancerz ten z wyjątkową zwinnością i zręcznością kręcił piruety czy wykonywał figurę entrechat, czyli krzyżowania nóg w powietrzu. Potem pojawia się jeszcze alegoria Muzyki  14713633_1242193705801695_6689843016246513074_n w osobie Romany Agnel, kierującej Cracovia Danza, oraz tajemnicza postać, w związku z trzymaną w ręce batutą – pastorałem mogąca nasuwać skojarzenia zarówno z wszechwładną szarą eminencją – kardynałem Richelieu, jak i kompozytorem muzyki baletowej Janem Chrzcicielem Lilly – skoro przebywamy na francuskim dworze, a ten drugi tworzył również na potrzeby Ludwika XIV, będącego zapalonym tancerzem, o czy można się przekonać dzięki filmowi „Król tańczy” w reż. Gérarda Corbiau Corbiau , a skoro jego muzyka towarzyszy wspomnianej prezentacji klawesynu, można wysnuć wniosek, że stanowi on być może również aluzję do osoby tego monarchy. Według rozdziału ról ma to być wszakże personifikacja pierwiastków barokowej retoryki, a więc zaprowadzającego ład wśród dźwięków despotycznego Tactusa, ale zarazem dbającego o stronę uczuciową, a zatem i Afectusa 14670891_1343778615641820_6294407334188928333_n .

Taniec charakterystyczny wydaje się szczególnie odpowiedni dla tej formacji baletowej, jeśli wspomni się widowiska ilustrujące „Kantatę o kawie” Johanna Sebastiana Bacha czy też poemat Jana Kochanowskiego „Szachy”, w których tancerze za pomocą kostiumów ukształtowani zostali na podobieństwo przedmiotów związanych z tematyką wspomnianych przedstawień (serwis do kawy 7nqqxr_taniec_barokowy_17nw9hm_taniec_barokowy_2 , figury na szachownicy), co przypomina trochę „Paradę”, balet Jeana Cocteau i Erica Satie z uprzedmiotawiającymi, kubistycznymi kostiumami, zaprojektowanymi przez Paua Picassa parada pic picasso parada picassa . Mniej rygorystycznie praktykowany taniec klasyczny natomiast nie w pełni predestynuje do wykonywania pozycji dziewiętnastowiecznych na nim opartych, o czym można się było swego czasu przekonać w przypadku „Wesela w Ojcowie” Kurpińskiego.

Dbałość o historyczny autentyzm w rekonstruowaniu choreografii z dawnych epok przejawia się także w tym, że towarzysząca muzyka wykonywana jest na żywo oraz na instrumentach z epoki.

Ad plurimos annos, Cracovia Danza!

 

Zdjęcia autorstwa Tomasza Cichockiego.

UWODZICIEL z OBOWIĄZKU

Lesław Czapliński ok_10

„Uwodziciel z obowiązku”

 

Don Giovanni w ujęciu Simona Keenlyside’a wydaje się być zmęczony koniecznością nieustannego sprostania mitowi donżuana, tak że wychodzi naprzeciw swojemu losowi i jest chyba wdzięczny duchowi Komandora za interwencję i wybawienie go z trudnego obowiązku, zwłaszcza że jako postać mityczna nie może przejść na emeryturę.  610394115001_5141660998001_5141598912001-vs - Kopia images - Kopia Koresponduje to z ukazaniem przez Felliniego innego uwodziciela, tym razem realnie istniejącego Casanovy, który ponoć miał swój udział w przygotowaniach do praskiej premiery Mozartowskiego arcydzieła.

W  głosie Keenlyside’a wyczuwało się ponadto zmęczenie na miarę zmarszczek znaczących jego czoło. Sądzę, że Chopin po spektaklu w Metropolitan Opera (obejrzanym 22 października w krakowskim kinie Kijów, należącym do Apollo-Film) raczej nie napisałby swoich słynnych Wariacji na temat duetu „Là ci darem la mano” op. 2, wyzbytego w tym wykonaniu wszelkich znamion uwodzicielskiego wdzięku 610394115001_5141660998001_5141598912001-vs . Więcej można go było odnaleźć w następującym kwartecie nr 9 „Non ti fidar, o misera” , choć ogólnie korzystne wrażenie momentami psuła nieco Malin Byström jako Donna Elwira, operująca dźwiękiem nie zawsze najwyższej próby, a także znowu odtwórca tytułowego bohatera.

Najlepiej zabrzmiała w jego interpretacji canzonetta nr 17 „Deh, vieni alla finestra, o mio tesoro!”, choć i wtedy głos przybierał czasem nie najbardziej szlachetne brzmienie.

Najbardziej uwodzicielską wokalnie w tym gronie była Rybia krew, jakim to mianem ochrzczono Don Ottavia w niemieckojęzycznej wersji „Don Giovanniego”, przerobionego na singspiel, a to dzięki Paulowi Appleby, w pierwszej arii nr 11 „Dalla sua pace” stosującemu ekspresyjne pianissima w górze skali, a w drugiej nr 22 „Il mio tesoro intanto” swobodnie kreślącego ozdobne koloratury.

Abchaska sopranistka Hibla Gerzmawa  jako Donna Anna najlepiej zaprezentowała się w dramatycznym accompagnato „Era già alquantoavanzata la notte”, w którym przytacza wydarzenia fatalnej nocy. W ariach natomiast wysokie tony były zduszone w dynamice piano, a skażone wibratem w przypadku forte. Także koloratury nie do końca odznaczały się techniczną swobodą i dźwiękową urodą.

Malin Byström z dużym przejęciem i ekspresją zaśpiewała natomiast arię nr 23 „Mi tradì, quell’alma ingrata”, w której daje wyraz targającym nią sprzecznym uczuciom chęci pomszczenia swej krzywdy, a zarazem uchronienia kochanka przed innymi ofiarami jego lekkomyślności, w której zwracała uwagę kultura z jaką  intonowała górne dźwięki, stopniowo je rozszerzając.

Zaprojektowaną przez Christophera Orama dekorację tworzyła ściana z balkonami 649x486_don_giovanni_intro , po której rozsunięciu ukazywał się wieloboczny dziedziniec, również z gankami. W arii katalogowej nr 4 Leporella „Madamina, il catalogoè questo” Adam Plachetka jako Leporello i Malin Byström jako Donna Elwira na tychże balkonach pojawiały się kobiety, tworząc galerię przywoływanych przezeń kochanek jego pana. W tej roli wystąpił Adam Plachetka, najbardziej wyróżniający się instynktem scenicznym spośród odtwórców.

Ze swej strony Michael Grandage, autor nowojorskiej inscenizacji, wyjściową scenę rozegrał w ten sposób, że Donna Anna pragnie zatrzymać Don Giovanniego nie tyle jako sprawcę swego uwiedzenia, co raczej pożądanego kochanka, któremu rozpina na piersi koszulę. Poza tym jednak rzucała się w oczy typowa naiwność operowej reżyserii, przejawiająca się między innymi w wypełnianiu frenetycznym ruchem scen zbiorowych, polegających na oddawaniu się  pospólnemu „tańcowaniu”, towarzyszącemu  zarówno przybyciu weselnego orszaku wieśniaków, jak i obydwu finałowym ucztom 1380x591_don_giovanni_top3 u Don Giovanniego, przy czym ta druga przybrała nadto gargantuiczną postać.

Z kolei po zawitaniu na wieczerzę zaproszonego nań ducha Komandora mogło się wydawać, że łapiący się za serce uwodziciel rażony zostanie udarem serdecznym, ale nie, w końcu zapada się pod ziemię 649x486_don_giovanni_setting , jak librecista przykazał.

Mozart z okazji drugiej, wiedeńskiej premiery „Don Giovanniego”, zrezygnował z moralizatorskiego wydźwięku finałowego sekstetu, którego efekt młody Zdzisław Jachimecki w poświęconej operze książce przyrównywał do płukania żołądka po obiedzie, kończąc operę wraz ze śmiercią tytułowego bohatera. Teraz jednak coraz częściej przywraca się to praskie zakończenie opery. Tak też było w przypadku przedstawienia nowojorskiego.

 

WSZYSTKO JUŻ BYŁO, czyli Z PLANU FILMU, KTÓRY NIE POWSTANIE…

Lesław Czapliński Kopia Kopia Moje odbicie w lustrze w pracowni malarskiej prof. ASP Dariusza ASP na Grafice ASP w Krakowie

„Wszystko już było,

czyli z planu filmu, który nie powstanie…”

 

W czasach ponowoczesnych utrzymuje się, że opowiedziano już wszelkie możliwe historie, ułożono wszystkie kompozycje, wyczerpując system tonalny i jeszcze szybciej mająca zastąpić go dodekafonię, wyeksploatowano zarówno przedstawienia figuralne, jak i abstrakcyjne… A od starożytności do romantyzmu wystarczały twórcom opowieści mityczne czy wydarzenia historyczne z czasów antycznego Rzymu i dopiero ten ostatni rozpętał niekończący się pościg za oryginalnością i nowością…

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zyskała rozgłos sztuka Jerzego Żurka „Sto rąk, sto sztyletów”, rozpoczynająca się przedstawieniem popularnej francuskiej farsy, przerwanym przez nagłe wtargnięcie do teatru listopadowych powstańców… Podobnie zaczyna się najnowszy film Petra Zelenki „Zagubieni”, którego akcja ogniskuje się wokół wykradnięcia przez śledczego dziennikarza gadającej papugi  zagubieni1 premiera Édouard Daladiera, sprowadzonej przez praski Instytut Francuski  z okazji siedemdziesięciolecia monachijskiego rozbioru Czechosłowacji, w celu ukazania w nowym świetle jego w tym roli… W pewnym momencie okazuje się jednak, że jest to dopiero powstający film na ten temat i odtąd śledzimy najrozmaitsze perypetie, towarzyszące jego realizacji, przerywane wypowiedziami członków ekipy. Co prawda już kręcący go reżyser w szortach zagubieni5 powinien wzbudzić naszą podejrzliwość, który na dodatek, niczym talizman, wozi ze sobą oprawiony w szkło plakat równie autotematycznej „Nocy amerykańskiej” François Truffaut. Przy okazji poznajemy kulisy fikcyjnych koprodukcji, mających zapewnić unijne dofinansowanie, którego odmowa udaremni ostatecznie całe przedsięwzięcie. Pojawia się nadto splot groteskowych, jak to w czeskim filmie bywa, trudności w rodzaju uczulenia głównego aktora na pierze, eliminujące żywego ptaka z ujęć z jego udziałem zagubieni4 , chorobliwa zazdrość partnera aktorki wobec jej francuskiego kolegi z planu, który wbrew promocji nie jest słynnym gwiazdorem, lecz po prostu drobnym sklepikarzem, prowadzącym interes w Pradze i sprzedającym główny eksportowy towar z ojczyzny serów…  Pobieżne streszczenie może wprowadzić w błąd i łudzić atrakcyjnością, a to ze względu na krótszy czas, jaki trzeba włożyć w jego przeczytanie, wobec znacznie dłużej trwającego seansu, jeśli zdecydować się  na obejrzenie filmu. Po prostu, jak to często w przypadku ambitnego kina bywa, dłuży się on niepospolicie i wyziera z niego niczym nieskrywana nuda. Dialogi są drętwe i mają w założeniu odpowiadać umysłowej „błyskotliwości” je wypowiadających, odpowiadają im takież sytuacje, a to, co z początku może nawet bawić, bardzo szybko zaczyna odstręczać. Jak to ostatnio często bywa w filmach artystycznych, bardziej interesujące okazują się przywołane odniesienia dokumentalne. I tak, gdy wszyscy już wyjdą, w trakcie napisów końcowych otwiera się okienko z rejestracją powitania na Hradczanach protektora Czech i Moraw Johannesa Blaskowitza przez dotychczasowego premiera Rudolfa Berana, składającego wiernopoddańczą deklarację lojalności. Ale dla tych kilku minut trzeba przetrzymać ich ponad setkę!…

 

„Zagubieni”. Scen. I reż. Petr Zelenka. Zdj. Alexander Šurkala. Muz. Matouš Hejl. (Czechy, 2015). Obejrzane w krakowskim kinie Mikro dzięki uprzejmości p. Iwony Nowak.

Delfinka Matka Pimka@delfinka_matka_pimka

delfin

Delfinka Matka Pimka@delfinka_matka_pimka

Nasze janiepawlenie –

– słyszę – ma niezłe brzmienie,

#Nasz_Koncert ,  #Nasza_Polska!

Czytaj: #Moja_Warcholska!

 

Delfinka Matka Pimka@delfinka_matka_pimka

Mówię: #godność_i_wódka,

To nie jest rzecz malutka.

Historii naszej scheda,

Rozweseli pół  nieba.

 

Delfinka Matka Pimka@delfinka_matka_pimka

To #kraj, gdzie #story_sztukas,

Zmienisz na #story_whiskas,

A taka przy tym frajda,

Bo nie widział jej #Wajda.

 

Delfinka Matka Pimka@delfinka_matka_pimka

Yyyy … wtf, wow, #Poland?

Na ja, das ist #Vaterland?

Chcesz powiedzieć #Katoland?

A usłyszeć #Tuskoland?

WSZYSTKO na POKAZ

Lesław Czapliński DSC00692

Wszystko na pokaz”

Krakowski Festiwal Filmowy, najstarszy tego rodzaju przegląd konkursowy w Polsce, dawno już zatracił swoją wyrazistą niegdyś formułę na równi z czołówką, przedstawiającą w przeszłości smoka przy wstępnych dźwiękach Uwertury uroczystej Dmitrija Szostakowicza. Kiedyś kryterium doboru filmów był ich krótki metraż, obejmujący głównie kino dokumentalne oraz animacje, a z rzadka tylko opowieści fabularne, realizowane bądź przez nikomu nieznanych debiutantów, lub przeciwnie, uznanych autorów, dla których stanowiły rodzaj studiów przygotowawczych do większych form. Jednocześnie konieczność zmierzenia się z określoną tematyką i problematyką przy tak rygorystycznie zakreślonych ramach czasowych wymuszała daleko posuniętą dyscyplinę wypowiedzi.

Obecnie, odkąd zrezygnowano z tego wymogu, panuje w tym względzie pewne pomieszanie. Pełnometrażowe dokumenty skupiają się przede wszystkim na warstwie opisowej, rezygnując w znacznej mierze z selekcji materiału oraz bezpośrednio wysnuwanych konkluzji, pozostawianych widzowi, o ile wcześniej same nie zniechęcą go do wytrwałego śledzenia ich przebiegu. Do takich należała beznamiętna, pozbawiona komentarza rejestracja funkcjonowania sceny operowej na przykładzie warszawskiego Teatru Wielkiego w okresie wznowienia inscenizacji Mariusza Trelińskiego „Madame Butterfly” („Wielki teatr” w reż. Sławomira Batyry). Podobnymi regułami rządzi się „21 x Nowy Jork” (w reż. Piotra Stasika), w którym ta metropolia oglądana jest głównie z pozycji pasażerów tamtejszego metra, dostarczającego głównego wątku, podczas gdy w charakterze epizodów występują ujęcia z ulic, parków i plaż, przy czym wieczny mrok podziemnej kolejki znajduje odpowiednik w materiale rozgrywającym się na powierzchni, lecz nakręconym na ogół w nocy.

Zacznę jednak od fabularnego apokryfu, mającego sprawiać wrażenie reportażu z prowokacyjnej manifestacji artystycznej. To nagrodzone „Otwarcie” w reż. Piotra Adamskiego, choć bardziej adekwatnym tytułem byłby „Wernisaż”. Mamy w nim do czynienia z transgresyjnym performensem, w którym sławny artysta udostępnia publiczności własną agonię, a na miejsce pokazu wybiera galerię, w której wcześniej wystawiane były jego prace. „Ciała” użycza mu performer Zbigniew Libera, znany z nie mniej kontrowersyjnych wystąpień (instalacja przedstawiająca zbudowany z klocków lego obóz koncentracyjny). W nie cofającą się przed niczym, bezwzględną właścicielkę galerii, wciela się z kolei niezawodna Małgorzata Hajewska – Krzysztofik. W filmie tym wygrywa się przede wszystkim zderzenie rutynowych prac przygotowawczych do wystawy oraz zwyczajowych zachowań uczestników tego rodzaju imprez z aktem umierania, kiedyś traktowanym jako misterium, a teraz odartym z wszelkiego majestatu i tabu na rzecz stania się jeszcze jedną, krótkotrwałą „atrakcją” towarzyską, albowiem w opisanym przez Guy Deborda społeczeństwie spektaklu wszystko może okazać się tworzywem dla widowiska.

Swego czasu skandal wywołała zapowiedź sfilmowania przez Marcina Koszałkę ostatnich chwil życia krakowskiego aktora Jerzego Nowaka, który po śmierci zapisał swe ciało theatrum anatomicum. Ostatecznie skończyło się na wywiadach z bohaterem filmu „Istnienie” na temat jego zapatrywań filozoficznych, dotyczących spraw ostatecznych. Ale dużo wcześniej powstał amerykański dokument telewizyjny Michaela Roemera „Umieranie”, w którym kamera nie odstępowała nieuleczalnie chorych bohaterów, rejestrując ich ostatnie chwile, a jego sfabularyzowanym wariantem była „Śmierć na żywo” Bertranda Taverniera, z kamerą wszczepioną w oko, dzięki czemu niezauważenie dla niej samej można było obserwować śmiertelnie chorą kobietę. Konkluzją dla tego rodzaju znaków nowoczesności i ponowoczesności mógłby być tytuł innego filmu sprzed lat – „Wszystko na sprzedaż” Andrzeja Wajdy.

Innemu przykładowi konfrontacji ze śmiercią poświęcona została autorska nowela Tomasza Protokowicza „Dawno temu na Śląsku”. Jest to historia osieroconego polskiego rodzeństwa, rozdzielonego i oddanego do adopcji różnym niemieckim rodzinom. W czasie wojny, jeden z nich, należący do podziemia, wykonać ma wyrok na policjancie, który, w rozstrzygającej o wszystkim sekundzie, okazuje się jego bratem. Krótkometrażowa forma wyostrza jeszcze sytuacyjny tragizm i związaną z nim ironię.

Spotkanie po latach, choć tylko na odległość, za pośrednictwem telefonu, przywołuje opowieść Lecha Majewskiego „Cuba libre”. Kobieta i mężczyzna, w wyniku przypadkowego połączenia, a mający za sobą przegrane życie, w trakcie rozmowy uświadamiają sobie, że swego czasu los ich zetknął na krótko pewnego ranka na plaży w Hawanie i była to szansa, która mogła wszystko odmienić, a z której nie potrafili skorzystać. Być może pomysł, zaczerpnięty z pierwowzoru literackiego Cyrusa Frischa, przyniósłby interesujące rezultaty, gdyby nadać mu pogłębioną formę, tu jednak został zaledwie naszkicowany.

„Dzień babci” w reż. Miłosza Sakowskiego przywołuje zjawisko oszukiwanie starszych kobiet „na wnuczka”, przy czym osią tego filmu jest odwrócenie sytuacji, kiedy niedoszła ofiara postanawia wykorzystać młodocianego oszusta, za cenę jego bezkarności, w swych rozgrywkach z opieką społeczną. Dużym jego atutem stało się obsadzenie w tytułowej roli Anny Dymnej, potrafiącej wydobyć z odtwarzanej postaci całą jej przewrotność i niejednoznaczność, a to dzięki grze na dwóch planach: wcielenia się w nią, a zarazem własnego komentarza.

Gatunkiem pośrednim jest dokument inscenizowany. Reprezentowało go „Dotknięcie Anioła” w reż. Marka Tomasza Pawłowskiego. Aktorzy odtwarzają okupacyjne przeżycia Henryka Schönkera z Oświęcimia, potomka miejscowych fabrykantów, i jego rodziny, ale nie w postaci filmu, ale szybko następujących po sobie serii nieruchomych zdjęć, co przydaje im cech materiału archiwalnego. Schönker występuje w roli świadka – narratora, z którego relacji wyłaniają się interesujące, nieznane dotąd fakty, że po wybuchu wojny Eichmann planował częściową emigrację Żydów z terenów włączonych do Rzeszy do Palestyny i w tym celu zwołał do Berlina przewodniczących judenratów. Potem akcja miała być powtórnie przeprowadzona po likwidacji znacznej części gett, w związku z czym rodzina bohatera wywieziona została do obozu w Belsen Bergen, gdzie oczekiwała na negocjacje z zagranicą, ale znowu żadne z państw nie zdecydowało się na przyjęcie żydowskich uchodźców. Kluczowym dla niego doświadczeniem okazało się spotkanie z nieznanym Polakiem, tytułowym aniołem, który tak pokierował losami jego rodziny, że przeżyła. Na długo zapada w pamięć zakończenie filmu, kiedy Schönker, łamiącym się głosem, mówi: „ten Żyd, który uratował się podczas wojny, nie uratowałby się, gdyby gdzieś, kiedyś, w jakiejś sytuacji Polak mu nie pomógł. Jesteśmy tym ludziom, którzy nas ratowali, nie tylko wdzięczni do grobowej deski, ale ci ludzie to światło ludzkości, to byli cisi bohaterowie tej wojny”.

Konieczność ułożenia na nowo życia występowała w dwóch filmach dokumentalnych w pełnym tego słowa znaczeniu. Pierwszy – „Wariacje na wiolonczelę solo” w reż. Aleksandry Rek – dotyczy grającego na tym instrumencie Dominika Połońskiego, którego obiecującą karierę wirtuoza przerwała ciężka choroba, wskutek czego muzyk utracił władzę w lewej ręce. Mimo to usiłował powrócić do występów – Olga Hans specjalnie dla niego skomponowała Koncert na prawą rękę (przypomina to powstałe na potrzeby Wittgensteina, brata , który na froncie pierwszej wojny światowej stracił prawicę, koncerty na lewą rękę Ravela i Prokofiewa).

„Kto mnie teraz pokocha?” w reż. Tomera i Baraka Heymannów, to z kolei historia izraelskiego mężołóżcy, którego wyrzekła się rodzina i kibucowa wspólnota, zmuszając do emigracji do Wielkiej Brytanii, a który po upływie lat usiłuje odbudować z nimi relacje.

„Walka z szatanem” w reż. Konrada Szołajskiego to studium obskurantyzmu, traktujące o działalności współczesnych egzorcystów. Zastanawiać może, iż zaburzenia osobowości i psychopatie o podłożu histeryczno-mitomańskim, opisane chociażby w związku z głośnymi niegdyś wypadkami w Loudun, diagnozuje się jako demoniczne opętania i poddaje praktykom rodem ze Średniowiecza miast zastosować metody terapii medycznej, co może prowadzić do pogłębienia stanów chorobowych, a nawet całkowitej destrukcji osobowości. A za swoiste kuriozum uznać można traktowanie homoseksualizmu jako satanicznego zniewolenia, co ma miejsce w lubelskim ośrodku „Odwaga”, do którego trafia jedna z bohaterek. Czy też nadrealistycznej techniki automatycznego zapisu jako przejawu demonicznych podszeptów. Musi budzić niepokój, że w tym procederze uczestniczy część psychiatrów, na przykład Dominika Skrok – Wolska. Swoje zastrzeżenia zgłasza prof. Aleksandrowicz, ale godnym odnotowania jest fakt, iż najbardziej krytyczny głos wyszedł z kręgów kościelnych, a mianowicie ksiądz Stanisław Radoń, nie rozstrzygając definitywnie kwestii realności samych opętań, ukazane w filmie przypadki uznał za kwalifikujące się wyłącznie do leczenia psychiatrycznego! W celu ukazania tego zjawiska w całej jego złożoności , sięgnięto również po podobne praktyki, występujące w kościołach neoprotestanckich, a mianowicie Zielonoświątkowców, przybierające jeszcze bardziej spektakularną i drastyczną postać i wydające się wręcz sztucznie prowokowane.

Do pewnego stopnia odzwierciedleniem zjawiska powstawania i szerzenia się w skali społecznej irracjonalnych lęków jest „Czarna Wołga” w reż. Marty Wiktorowicz, śledząca mechanizmy rodzenia się pogłoski, tyle że przedstawia problem we właściwej dla kreskówek skrótowej formie i ze znaczną dozą czarnego humoru, kiedy na koniec okazuje się, iż kierowcą złowrogiego samochodu jest jeden z domowników, wśród których się o tym rozprawia.

Obcowaliśmy z różnymi technikami animacji: tradycyjną rysunkową, oraz fotograficzną, w połączeniu z nawiązaniem do ręcznego barwienia kadrów, uzyskiwanego obecnie zapewne metodą komputerową – „Sylwan” w reż. Tomasza Głodka o zawieszeniu polskiej flagi na maszcie kopca na Sowińcu w okresie okupacji niemieckiej – czy też plastelinową w „Seksie dla opornych” w reż. Izabeli Plucińskiej.

Twórczość animowana stanowi na festiwalowych ekranach uzupełnienie przywołanych wyżej nurtów, wszelako w zestawieniu z nimi zachwiane są proporcje w zakresie tak rozmiarów, jak i rangi. Trudno je zatem porównywać, albowiem wymagają odrębnych narzędzi opisowych i analitycznych.

Muszka Kopciuszka@muszka_kopciuszka

 

mucha

Muszka Kopciuszka@muszka_kopciuszka

Stań na #zmywak, @lewak,

W obozie w Licheniu,

Pomyśl o zbawieniu,

Nim użyję #tasak.

 

Muszka Kopciuszka@muszka_kopciuszka

Studencie, mój bracie,

Gdy szepną autokracie,

Że się śni Honoracie,

Zapisz to w doktoracie.

 

Muszka Kopciuszka@muszka_kopciuszka

Zacny  @Alfred_Nobel

Był wielki #marzyciel,

Nim jego muzyczny #cień

Nie wytrzymał barda pień.

 

Muszka Kopciuszka@muszka_kopciuszka

W dzień po wyborach @Muszka

Spytała: „Gdzie pieluszka?”

Wnet o abstrakcjach myśli

Przegnali @niezawiśli.

 

 

SKAZANI, czyli Z UPODOBANIA DO PRZEMOCY i PRYMITYWU

Lesław Czapliński Kopia (2) Kopia DSC01910

Skazani, czyli z upodobania do przemocy i prymitywu”

Film Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń” rozpoczyna sekwencja polsko-ukraińskiego wesela w 1938 roku wołyń4 , którego główni protagoniści zginą co do jednego w dramatycznych wypadkach, jakie przyniosą najbliższe lata. Zarazem reżyser epatuje ulubionymi przez siebie przejawami pospolitości i okrucieństwa, ukazując postacie zredukowane do najprostszych reakcji behawioralnych (pijaństwo, agresja) i fizjologicznych (seks). Na tym tle przebiega inicjacja Zofii i Petra, uosabiających lepsze strony Polaków i Ukraińców wołyń6 .

Film będący panoramą wydarzeń historycznych, przetaczających się przez Wołyń, w krótkim czasie stający się teatrem kolejnych wojen i okupacji (radzieckiej i niemieckiej – postać ukraińskiego sołtysa z równą gorliwością służącego jednym jak i drugim), poniekąd wymusza skrótowość i alegoryczność, czego konsekwencją jest uproszczenie sytuacji i charakterów (oficer rozwiązujący swój oddział i popełniający samobójstwo, strzelając sobie w skroń i staczając się do rowu, w którym chowani są polegli). Pojawiają się one jakby wyłącznie po to, by na ich przykładzie przytoczyć i zilustrować określone wypadki historyczne.

Skądinąd kampania wrześniowa przybiera wręcz karykaturalną formę bezładnej strzelaniny i bieganiny niczym z komedii slapstickowej.

Świat „Wołynia” Smarzowskiego bardzo przypomina ten z „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego, a więc prymitywnych instynktów i odruchów, wynikających z chciwości, żądzy ciał, krwi i pieniędzy. Zarazem jednak usprawiedliwieniem dla niego może być nieludzki czas wojny, znoszącej wszelkie prawa moralne i społeczne hamulce.

Reżyser nikogo nie oszczędza. Duchowni różnych denominacji z jednakową zapalczywością szczują swoich wiernych przeciw sąsiadom obcej krwi i wiary – katolicki ksiądz podczas wspomnianego mieszanego ślubu, pop poświęcający narzędzia zbrodni, nie tylko karabiny i rewolwery, ale i kosy, siekiery i widły – jedynie inny pop (czyżby ten unicki?) nawołuje do szukania z(po)rozumienia. Pamiętać jednak należy, że brano za złe metropolicie Szeptyckiemu, iż nie potępił mordów, ale jego religijny autorytet raczej nie sięgał na prawosławny Wołyń, chyba że jako narodowego przywódcy, a wydał taką odezwę, gdy masakry przeniosły się rok później na unicką Galicję.

Próba zrównoważenia ukraińskiego bestialstwa polskimi represjami przybiera pośpieszny i niezrozumiale płaski wyraz, kiedy z kolei polscy sąsiedzi „wymierzają sprawiedliwość” siostrze bohaterki, która na wspomnianym początku poślubiła Ukraińca, wraz z którym i dziećmi mordowana jest w równie okrutny sposób poprzez odrąbanie siekierą głowy na progu chaty. Czyżby wynikało to jedynie z potrzeby asekuracji wobec drugiej strony, która przecież i tak uzna film za tendencyjny i wymierzony przeciwko sobie?

Zarazem jednak takie są prawa i logika chłopskich rebelii, że wspomnę hajdamackie koliszczyzny czy rabację Jakuba Szeli.

Przywołaną historię spina klamra sytuacyjna, kiedy Zofia, udzielając wcześniej schronienia Żydom w swojej stodole, trafia z kolei do tej należącej do siostry, wymknąwszy się z masakry i zagłady swojej wioski.

Pojawiają się w filmie sceny, znane mi z kresowych opowieści, ale nie bezpośrednich świadków, lecz z drugiej i trzeciej ręki, a więc o zrzuceniu z urzędu ukraińskiej flagi po wkroczeniu Rosjan, czy sytuacji, kiedy od ukraińskiego męża Polki, jego brat żąda jej zabójstwa, lecz zginie z ręki tamtego, pozostającego wiernym żonie.

Azali potwierdza to ich prawdziwość i wiarygodność, czy wręcz przeciwnie: świadczy o mitologizacji wraz z postępującym ich upowszechnieniem i przedostaniem się do zbiorowego przekazu o zaznanych krzywdach, na dodatek najgorliwiej podtrzymywanego przez tych, którzy sami tego bezpośrednio nie doświadczyli?

Reżyser sięga między innymi do zapomnianego nieco środka z czasów narodzin kina dźwiękowego, a więc asynchronu, kiedy zobrazowanej akcji odpowiada w planie akustycznym inna sytuacja (Polacy odnajdujący w stawie zmasakrowane ciało katolickiego księdza i odgłosy przysięgi oddziałów UPA).

Kilka razy zaznacza się dbałość o plastyczną urodę kadru poprzez oświetlenie, kiedy bohaterowie skupieni nocą przy lampie naftowej, trwają w wyczekiwaniu, niepewni swojej przyszłości.

Wprowadza ponadto symboliczny finał, kiedy Zofia wraz z synkiem, owocem związku z Ukraińcem, przekracza granicę pomiędzy życiem a śmiercią, symbolizowaną przez szeroko rozlaną rzekę, idąc przez prawdopodobnie zaminowany przez Niemców most, niewidoczna dla nich, a zjawia się po nich, niczym Eliasz, jej dawny kochanek i ojciec dziecka Petro, zamordowany przez NKWD za wydostanie jej z transportu na Sybir, i bierze ich na swój wóz, by wspólnie udali się do lepszego świata?..

„Wołyń” . Scen. i reż. Wojciech Smarzowski. Zdj. Piotr Sobociński jr. Muz. Mikołaj Trzaska. Obejrzane w krakowskim kinie „Mikro” dzięki uprzejmości pani Iwony Nowak.