„AKUSTYKA jako SPRZYMIERZENIEC, albo PRZECIWNIK”

Lesław Czapliński

Akustyka jako sprzymierzeniec albo przeciwnik”

Na przestrzeni ostatniego półtora roku aż trzykrotnie miałem okazję wysłuchać Symfonii e-moll op. 7 „Odrodzenie” Mieczysława Karłowicza, na którą zapanowała w naszym kraju swoista moda od czasu, gdy nagrał ją Gianandrea Noseda. A więc w wykonaniu orkiestry Akademii Beethovenowskiej pod dyrekcją José Cury, Filharmoników Krakowskich pod batutą Antoniego Wita i teraz, w ramach XIII Festiwalu Muzyki Polskiej  w interpretacji Sinfonii Iuventus  , prowadzonej przez czeskiego kapelmistrza Jakuba Kleckera  . Przedstawił on bardzo zwartą wizję tego dzieła, zręcznie tuszując grandilokwencję, wynikającą zarówno z młodopolskiego programu, dołączonego przez kompozytora w formie długiego tekstu, jak i właściwej młodym twórcom chęci zamknięcia wszystkich swoich ambicji oraz nabytych umiejętności w pierwszej próbie zmierzenia się z wielką formą. Przebieg muzyczny toczył się bardzo wartko, jedynie w nastrojowym Andante non troppo, zainicjowanym solo wiolonczelowym, zagranym szlachetnym dźwiękiem przez koncertmistrza tej grupy instrumentów, pojawiła się chwila wytchnienia i zadumy. W finale Allegro maestoso wszystko zmierzało to hymnicznego, podniosłego tematu blachy  , dominującego w tym ogniwie, by uzyskać zwieńczenie w rozbudowanej kodzie, której zwiastunem stają się donośne uderzenia w kotły  . Niewiele natomiast można powiedzieć o walorach brzmieniowych tego wykonania, albowiem akustyka kościoła św. Katarzyny, w której odbywał się omawiany koncert, nie sprzyja monumentalnej, późnoromantycznej symfonice. Zbyt duży pogłos niweczy proporcje pomiędzy grupami instrumentów, wprowadza pewien chaos do pracy tematycznej w szybszych tempach.

Bardziej przejrzysta faktura I Koncertu skrzypcowego fis-moll op. 14 Henryka Wieniawskiego nie napotykała już na tak wielkie przeszkody.

Podobnie jak w przypadku Chopina bliższy mi jest muzycznie szlachetniejszy koncert f-moll od zbyt zewnętrznie okazałego e-moll, tak w odniesieniu do Wieniawskiego wolę melancholijny koncert fis-moll od bardziej popularnego d-moll, mimo że w obydwu wypadkach ponoć nie wygrywa się nimi konkursów imienia obydwu kompozytorów-wirtuozów. Koncert fis-moll elegijny od pierwszych taktów orkiestrowego wstępu z solo obojowym, wymaga od skrzypka większej muzykalności, choć i w nim nie brak przykładów wiolinistycznego kuglarstwa. Linus Roth   nie do końca spełnił moje oczekiwania, grając nierównym dźwiękiem, któremu brakowało pożądanej płynności i śpiewności, choć w pełni sprostał ustępom, będącym probierzem sprawności technicznej. Najbardziej w jego ujęciu przypadła mi do gustu kadencja w I części oraz zagrana na bis Ballada d-moll Eugene’a Ysayë.

Dodaj komentarz