„Kilar-polo albo CUDOWNE SKRZYPCE PŁAWNERA”

Lesław Czapliński 

Kilar-polo albo cudowne skrzypce Pławnera”

Występ Sinfonietty Cracovii  pod dyrekcją fińskiego kapelmistrza Kalle Kuusavy  i z udziałem skrzypka Piotra Pławnera stał przede wszystkim pod znakiem sztuki wykonawczej.                                                          Piotr Pławner, współzwycięzca  X Konkursu im. Henryka Wieniawskiego, zmierzył się tym razem z dwudziestowieczną literaturą koncertową, z równym powodzeniem odnajdując się w neoklasycznej, a więc czysto architektonicznej motoryce Allegra Michała Spisaka, jak i w trzeciej części Koncertu skrzypcowego Andrzeja Panufnika, posiadającej odniesienia folklorystyczne. Szczególnie w tym drugim przypadku mieliśmy do czynienia ze swoistym agonem pomiędzy solistą a towarzyszącym mu zespołem smyczkowym w przejmowaniu niespokojnego, synkopowanego, oberkowego tematu refrenu finału utrzymanego w formie ronda.                                                                                                Nie od dzisiaj mam problemy z estetyką muzyczną Wojciecha Kilara, a zwłaszcza dotyczącą jego twórczości po roku 1970. Nie będę udawał, że pod względem czysto sensualnym słuchanie tej muzyki nie sprawia przyjemności, ale zarazem łatwość w tym względzie tym bardziej wzbudza moją nieufność estetyczną. Z jednej strony nie sposób odmówić kompozytorowi zręczności i warsztatowej sprawności, a jego utworom błyskotliwości i zewnętrznej, a zatem instrumentacyjnej efektowności. Z drugiej zbyt daleko idące uproszczenia i koncesje na rzecz przystępności muszą wywoływać spore wątpliwości, czy nie idą one za daleko i czy przypadkiem nie mamy do czynienia z Kilar-polo na gruncie muzyki poważnej. Wszystko to prowadziło do sprzecznych reakcji, zwłaszcza na „Warszawskich Jesieniach” – zresztą i podczas omawianego koncertu wydało mi się, że usłyszałem dobiegające z tylnych rzędów raczej buczenie niż okrzyk zachwytu.

Być może wielu to zaszokuje, ponieważ na ogół nie wypowiadam kategorycznych sądów. Nieoczekiwane zajęcie takiego stanowiska wywołuje zaskoczenie i sprawia wrażenie zwielokrotnionego i ostrzejszego niż jest w istocie. Było tak, kiedy opływający zazwyczaj w lukrecje Bogusław Kaczyński wypowiedział się krytycznie o wykonawczyni partii Lady Makbet w warszawskim przedstawieniu Verdiowskiego „Makbeta”, czy powściągliwy na ogół Andrzej Chłopecki przypuścił atak na Koncert fortepianowy „Zmartwychwstanie” Krzysztofa Pendereckiego po jego polskiej premierze na „Warszawskiej Jesieni”, co sprawiało w obydwu wypadkach wrażenie salw z kulomiotów lub co najmniej armatni wystrzał jak o plotce śpiewa Don Basilio w swojej słynnej arii z „Cyrulika sewilskiego”. „Ricordanza” składa się z naprzemiennych, kontrastowych odcinków utrzymanych w wolniejszym i szybszym tempach, by następnie połączyć się we wspólny tok oparty na powtarzalności następstw obsesyjnych akordów, rozwijając się na zasadzie narastania, przejętej od Rossiniego, stąd jego przywołanie pozostawało nie bez kozery, a zwłaszcza z Ravelowskiego „Bolera”. Z kolei żywiołowa „Orawa” pozostaje wizytówką zespołu Sinfonietty Cracovii  , która może ją grać z „szeroko zamkniętymi oczyma”, nieodmiennie osiągając równie popisowy efekt.

Dodaj komentarz