WYMAZANY Z ŻYCIA, WYMAZANY Z KSIĘGI

Czy wróciłeś? Kiedy? Przywiozłeś łakocie dla malutkich? Nie? Zaprawdę zgrzeszyłeś, wobec tych małych, najmniejszych i pochyłych liter, bliskich i żyjących w innej opowieści. A to nie będzie  ci wybaczone.

R. Akiwa, W moim pamiętniku

 

Siedziałeś Wahebe, na ganku, patrząc leniwie na złamane srebro oliwek. Jak -myślałeś – zapisać zmarniały ten chłód, chłód, który będzie skrapiał siwe włosy. Tak twoje, zanim porzuciłeś obowiązek odwracania kart jak cię nadaremnie uczono, powoli, z pokorą i szacunkiem, należnym pożółkłym znaczeniom. Wahebe, gdy dorosłeś, palce odwykły od szukania ścieżki pomiędzy ziarnkami piasku ścieżki, danej tobie i mnie, nam. Przestałeś rozmawiać z liśćmi palm, znaczenie pory deszczowej i suchej sprowadziłeś do pożytku dla czołgów. Przed tobą, przed gąsienicami, może pies, może rozbudzona szarańcza. Pewnie to drugie, bo niby skąd jakiś przybłęda, jakiś uciekinier z zagrody.

Akiwo, czołgi miały być tylko próbą. Chciałem wiedzieć, czy huk armat przyniesie błogosławieństwo, zagłuszy ranę. A zwycięstwo miało być dowodem, że zwoje zostały rozwinięte w odpowiednim miejscu i prowadzą mnie pod podszewkę pustyni. Miałem zostać nawozem, pokarmem, podporą i źródłem siły dla nowych rzek, ogrodów, pastwisk. Miałem dąć w szofar na znak, że pismo się wypełniło. Parę cukierków? – mówisz – tak, łakocie są ważne. Ten pisk, ten śmiech i słowa.

Co im przywiozłem z pustyni? Trochę kamieni dla jednej, trochę błota dla drugiej. Zmęczenia jazdą i zapachem ropy. Niech pamiętają. Niech nie wymażą imienia ani mojego, ani twego, rabbi Akiwo. Źródła nie ma tam, gdzie brak światła, a wzrok zasłonięty i nie widzi złamanych gałęzi, rozprutego brzucha, milczenia maczety, mimo że ostrej, także i ona musi czasem pracować w dwójnasób.

Wahebe, masz rację. Księga i czytanie w półmroku to wędrówka nie dla ciebie. A pismo nie jest po to, by zachwycało. Mówiłem wprawdzie, że każdy rozjechany gąsienicami kamyk ginie i będzie odłączony od innych. Czy dla ciebie to szlak? Dla jednych winą jest, że szukali oazy, gdy inni grzeszyli pychą i wiedzą, co dobre i złe. Być może najbardziej są godni pogardy ci, którzy z gałązką oliwną jak szaleńcy biegli, biegli naprzeciw pociskom.

Wahebe, warkot silników wskaże ci drogę. Zabierz się do pracy. Trzeba naoliwić

zamek, nałożyć hełm, nie zapomnij o lornetce, apteczka będzie potrzebna, jeśli nie tobie to koledze. A teraz śpij, trzeba wypocząć, i zamknąć za sobą ciężar pogardzanych zwojów.

Desire to Love

Mirosław Rogala

Desire to Love

 

To Lidzia

If our roots conjugate grammar cases,

To become joyous verbs,

if greenery, suddenly awaken,

is deeply rooted in your affection,

and if you could even imagine

the green, so intensely living their lives,

and, yes, brown little leaf,

telling fortune from your palm,

if your eyes silently wander

among cosy objects, and things,

and roots, and greenery,

which you had never seen,

you still may see your life,

your loneliness, and symbolism of light,

shadow,  thriving for you!

 

February 14, 2002

Transl. By Marek Oktawian Bulanowski

 

ZAPISANY W CHMURACH

ZAPISANY W CHMURACH

Obłoki, moje obłoki, na waszych kartach spisane dźwięki, czytam was jak opowieści, to znaczy, by was słyszano. Przyszłyście zanim zacząłem rozumieć, że na mnie czas, by zniknąć. Zanim odejdziemy zapiszę ostatnią literę mego imienia po prawej stronie cumulusa, tego, który pozostanie i będzie mówić o tym, co było. Twardo ciosane litery nie mają już znaczenia dla nikogo ani niczego poza kłębiastą stronicą, plotkującą o pogodzie z następną, a potem zerkając do następnej, w ten sposób tworząc miejsce dla nieznanych dźwięków, oddechów, pragnień liter i alfabetów. Nigdy o nich nie mówiłem, nikt nie przesłał mi  dawnych snów, ani codziennej drogi do szkoły. A dziś pamiętam tylko, jak sól niszczyła buty, a mama się martwiła, że nowe będą bardzo drogie. Czasem zaglądałem na śniadanie do baru mlecznego na kakao z dużą bułką z twarożkiem ze szczypiorkiem, cebulką lub rzodkiewką, czasem z pastą jajeczną, kiedy indziej z jajecznicą. Zimą ulice były dość brudne, zmieszane często z lękiem i pośpiechem, by zdążyć przed dzwonkiem, co często było niezbyt oczywiste.

Rabbi Złamany Rylec nie mógł mi pomóc. Moja pamięć zostanie zapisana tylko pod przedartą strofą milczących eposów, a Nieznani Skrybowie będą starannie czytać i zastanawiać się, jaki wydać ostateczny wyrok. Zasług na życie wśród rajskich ogrodów pachnących ulewnym deszczem raczej nie miałem. Potępienia pragnę uniknąć, potępienia przez zamknięcie za bramą Biblioteki Nieczytanych Poetów. Czy ona jeszcze otwarta? Czy nie za późno, by wymknąć się spod władzy skrzypiących zawiasów i opuszczonych krat?

Przechodzisz i mijasz bramy, fosy, szlaki biegnące między opuszczonymi domami, ścieżkami, udeptanymi i nieznanymi słowami, czasem spod piasku wyłaniają się okruchy zasuszonych kości. Idziesz dalej i coraz mniejsze drzewa, coraz mniejsze domy, nie widać już kolorów dachówek ani ścian, o których pisałeś, nie słychać ani rżenia opon, ani pisku wyciętych drzew. W oddali majaczy się przecinek, albo kropka. Przecinek dawał zawsze nadzieję na następne słowo, akapit, zdanie, frazę. Gdy musiałeś postawić kropkę po blednącej nadziei na spisanie zamkniętych oczu i uszu, bezwładnie leżącego, nie pogrzebanego  ciała, czułeś, że odchodzisz. Czy jesteś poetą, jeśli zapomniałeś, co jest pod ziemią? Poetom nie wolno podnosić oczu ku górze,  tam wypatrywać co jest, co nadejdzie, co minęło na łapkach kota. Pamiętaj, wzrok poety ogarnia co zasypane, jego język czuje jak ziemia drży, żyje i umiera z nadmiaru strachu. Poeto, wejdź w ciało ziemi, tej ziemi, o której nikt nie pamięta.