„IMPERIUM z SZUBIENICĄ i STRYCZKIEM na SZTANDARZE”

Lesław Czapliński 

„Imperium z szubienicą i stryczkiem na sztandarze”

Pokazany na LVII Krakowskim Festiwalu film „Rodzaje umierania”, nakręcony w Stanach Zjednoczonych, ale przez Chińczyka z Tajwanu według opowiadania Yann Martel, jest wstrząsającą wizją degradacji moralnej urzędowych zabójców z mocy nieludzkiego prawa, a więc przeprowadzających egzekucje wyroków śmierci.  Reżyser Bo–Sou Niou ukazuje to zjawisko na przykładzie dyrektora więzienia, dla którego skazańcy przestali być ludźmi, skoro wszyscy oni mają tę samą twarz, będąc granymi przez tego samego aktora. Skądinąd w amerykańskim systemie penitencjarnym więźniowie noszą numery niczym w hitlerowskich kacetach, a egzekucje zachowały częściowo charakter publicznie dostępnych dla żądnej niezdrowych przeżyć gawiedzi, skoro uczestniczyć w nich mogą poszkodowani, a więc na przykład rodziny ofiar.
Styka się on z różnymi reakcjami w obliczu śmierci: od zwierzęcego strachu po butę, od ataku histerii po skruchę. On sam natomiast jest niczym nieubłagana Nemezis, nieczuły na cokolwiek, stając się bardziej zdeprawowanym od najbardziej zatwardziałych przestępców, z którymi ma do czynienai.
Imperium zła, aspirujące do szerzenia ideałów wolności i demokracji poza swoimi granicami, samo licencjonuje barbarzyńskie praktyki, z pełną hipokryzją organizując ośrodki poza swoim terytorium, gdzie można stosować metody zakazane przez własne prawodawstwo (tortury w Guantanamo, szyderczo zlokalizowanym na obszarze Kuby, czy w Kiejkutach w Polsce). Może rację mieli ci, co utrzymywali, że George Orwell w „Roku 1984” miał na myśli Stany Zjednoczone?
Skądinąd Stalin dwukrotnie znosił karę śmierci, albowiem nie mieściła się ona w idealnym porządku komunistycznym, ale zmuszony był przywracać wobec zagrożenia zewnętrznego i wewnętrznego. A że nie były to urojenia, pokazała historia, kiedy pod płaszczykiem obrony praw pracowniczych rękami świata pracy obalono socjalizm i przywrócono kapitalistyczną eksploatację i wyzysk.
Wracając do reżysera. Nie wiem jak jest w Chińskiej Republice Tajwanu, ale na kontynencie, w Chińskiej Republice Biznesowej, rządzonej przez Kapitalistyczną Partię Chin (to przykład wyjątkowo przewrotnego marketingu politycznego, sprzedającego system całkowicie sprzeczny z urzędowymi określeniami), osiągnięto już poziom pobratymczych Stanów Zjednoczonych i szafuje się wyrokami śmierci.

„KŁOPOTY z SAMOOKREŚLENIEM”

Lesław Czapliński 

„Kłopoty z samoookreśleniem”

Problemom narodowej tożsamości zbiorowej oraz indywidualnejsamoidentyfikacji poświęcone były dwa filmy na LVII Krakowskim Festiwalu Filmowym.
„Opera o Polsce” w reż. Piotra Stasika przekonuje jak trwałe są niektóre klisze przedstawieniowe. Starannie upozowane, sztuczne ujęcia czy chóralnie wypowiadane kwestie przywodzą na myśl poetykę filmów Wojciecha Wiszniewskiego, zafascynowanego socrealistyczną estetyką, jej patosem i malowniczością („Wanda Gościmińska”  ), którą w tym przypadku zastąpiły treści narodowe (ujęcia marszów z pochodniami) i religijne (obrazy procesji Bożego Ciała z feretronami). To także wspólne z tamtym epatowanie brzydotą („Elementarz”  ), choć ukazywanie zarazem jej malowniczości (zaniedbane rudery) przypomina z kolei Tadeusza Konwickiego („Jak daleko stąd, jak blisko”).
Film otwiera obraz ukrzyżowanego orła, który potem powraca wielokrotnie jako wizualny motyw przewodni, być może w przewrotny sposób nawiązujący do polskiej martyrologicznej mitologii. Reżyser z upodobaniem stosuje też wyraziste środki wyrazu jak panoramy kamery (na przykład kościołów w Licheniu) czy rozjaśnienia i ściemnienia oddzielające poszczególne ujęcia.
Filmowi towarzyszy „rzężąca”, ostinatowa, czyli powtarzająca wciąż tę samą figurę muzyczną ilustracja

, z przebitkami dyrygenta, mnie się kojarząca z tanecznymi z „Antraktu” René Claira.
Z kolei ukraińscy „Bliscy” w reż. Witalija Marskiego poświęceni są różnym przedstawicielom jego rosyjskiej rodziny  , rozrzuconej po rozmaitych częściach Ukrainy: Lwowie, Odessie, Donbasie i Krymie. Niezależnie od stopnia identyfikacji z państwem ukraińskim, pozostają oni rosyjskojęzyczni. Dla Polaków szczególnie szokujące są wypowiedzi tych ze Lwowa, którzy co prawda nie przyjęli języka ukraińskiego, ale utożsamiają się z ukraińskim sposobem przedstawiania dziedzictwa kulturalnego tego miasta jako wyłącznie austriackiego. Jest to wyrażone expressis verbis, kiedy jedna z kobiet stwierdza, że Polacy niczego tu nie zbudowali, tylko Austriacy. Faktycznie, na przykład Teatr Skarbka powstał według projektu Ludwiga Pichla, przystosowanego do miejscowych warunków przez Jan Salzmana, ale już Teatr Wielki wzniesiony został przez Zygmunta Gogolewskiego. Działali w tym mieście też tacy polscy architekci jak między innymi Teodor Talowski, który wzniósł miedzy innymi kościół św. Elżbiety czy Kazimierz Mokłowski, autor zabudowy ulicy Piekarskiej oraz Szpitala Izraelickiego..

„SPOJRZENIA na BLISKI WSCHÓD”

Lesław Czapliński

„Spojrzenie na Bliski Wschód”

Dzięki czterem filmom na LVII Krakowskim Festiwalu Filmowym..
Zacznę od zrealizowanego w Niemczech, ale przez kurdyjską filmowczynię Aslı Özarslan „Dil Leyla”. Jest on poświęcony Leyli İmret  , burmistrzyni Cizre, miasta leżącego u zbiegu granic tureckiej, syryjskiej i irackiej. W chwili swego wyboru była ona najmłodszą osobą pełniącą tego rodzaju urząd w Turcji. „Dil Leyla” po kurdyjsku oznacza „Lejla, serduszko”. Tak ją nazywał ojciec, kurdyjski bojownik niepodległościowy, zastrzelony przez tureckie wojsko, albowiem rodzinna miejscowość bohaterki co najmniej dwukrotnie padała ofiarą brutalnych pacyfikacji. Stąd rodzina wysłała ją jeszcze jako dziecko do krewnych w Niemczech, gdzie się wychowała. Na jej wiecach  wyborczych można dostrzec powiewające flagi kurdyjskie, a w dłoniach zgromadzonych ludzi trzyma portrety uwięzionego przywódcy Kurdyjskiej Partii Pracujących Abdullaha Ocalana.
Po zwycięstwie wyborczym Kurdyjskiej Partii Demokratycznej ponownie rozpoczęły się represje, które dotknęły również Leylę İmret, której wytoczono proces i grozi więzienie. Jej rodzinna miejscowość została natomiast zrujnowana. Tam, gdzie planowała wcześniej utworzenie parków i zasadzenie drzew, straszą teraz leje po wybuchach.
A tak na marginesie, jeszcze raz ukazuje się hipokryzja amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie, mającej rzekomo wspierać tam rozwój demokracji. Zamiast udzielić poparcia najbardziej prozachodnim w tym regionie Kurdom, o czym świadczy ich autonomiczne państewko w północnym Iraku, i poprzeć ich irredentę w celu utworzenia niepodległego Kurdystanu (obiecanego, skądinąd, już w Sèvres), nic nie czyni w tym kierunku.
Również Turcja w dobrze rozumianym własnym interesie powinna przyznać samostanowienie terenom zamieszkałym przez Kurdów, ponieważ panująca tam sytuacja przypomina tę z przedwojennej Polski i sprzed ludobójstw na Wołyniu i na Podolu.
Kurdyjskie korzenie posiada także Ilham al-Madafai, iracki gitarzysta, pieśniarz i kompozytora, ojciec bohatera dokumentu Julii Groszek „Arabski sekret”, który stara się go po latach odnaleźć, mimo że pozostawał nieobecny przez całe jego dotychczasowe życie. W tym celu Kamil Filipek  udaje się do Ammanu na jego sylwestrowy koncert, a gdy dochodzi do spotkania pomiędzy nimi, okazuje się, że nie mają sobie nic do powiedzenia poza wymianą zdawkowych zdań.
Z Bliskiego Wschodu pochodzą ponadto dwie czarne opowieści fabularne: tureckie „Dwa ciała” w reż. Murata Uğurlu oraz irański „Retusz” w reż. Kaveha Mazaheriego.
Pomiędzy tytułowymi dwoma ciałami rozgrywa się historia weekendowej wyprawy dwóch, spragnionych przygody przyjaciół, udających się na polowanie i połowy  . Pierwszym jest zabrana po drodze bułgarska prostytutka Nadia  , drugim znalezione zwłoki mężczyzny, skutecznie niweczące plany beztroskiego odpoczynku.
„Retusz” przywołuje z kolei historię młodego małżeństwa z wiecznie zrzędzącym mężczyzną i żoną  , zajmującą się w pracy retuszowaniem  „nieprzyzwoitych” według obowiązującego prawa zdjęć i filmowych ujęć. Los podsunie jej okazję do skutecznego pozbycia się ze swojego życia uprzykrzonego męża, a więc dokonania w nim radykalnego, tytułowego retuszu, choć tym razem sprzecznego z obowiązującymi normami moralnymi i obyczajowymi.

„TO SIĘ MUSIAŁO TAK SKOŃCZYĆ!”

Lesław Czapliński

„To się musiało tak skończyć!”

Recenzję z „Ostatniej rodziny” Jana P. Matuszyńskiego kończyłem zdaniem: „Jest w filmie jeszcze epilog, do którego włączono autentyczne materiały zdjęciowe samego Beksińskiego, dla których warto było wytrwać cały film. Szkoda, że to nie z nich zmontowano dokument o malarzu…”.
I właśnie powstał taki film „Beksińscy. Album wideofoniczny” w reż. Marcina Borchardta,   pokazany na trwającym LVII Krakowskim Festiwalu Filmowym.
Zdzisław Beksiński, niczym fikcyjny bohater Kieślowskiego, od wczesnej młodości owładnięty był obsesją utrwalania za pomocą amatorskiego sprzętu sytuacji z życia własnego i swojej rodziny  , traktując tę czynność po bazinowsku jako uwiecznianie odcisków pozostawianych przez rzeczywistość.  Nie odstępował z kamerą chorej matki czy teściowej, nawet po ich śmierci, kręcąc moment podwiązywania szczęki. Tego rodzaju pasja i związana z nią drastyczność, niczym upodobanie do okrutnych wizji w malarstwie, z perspektywy zabójstwa artysty uznać można za kuszenie przeznaczenia. Podobnie było z jego synem Tomaszem, kreującym się na Nosferatu, również w filmach ojca na tle ruin zamkowych w Czersku.
Mimo niewątpliwych pierwiastków autokreacji, materiały te są dokumentem pozwalającym lepiej poznać i zrozumieć Zbigniewa Beksińskiego nie tylko jako malarza, ale i człowieka. A także jego rodzinę. Stanowi to poważną konkurencję dla wspomnianego filmu Matuszyńskiego, gdyż obcujemy z postaciami obsadzonymi we własnych rolach, a nie granymi przez aktorów. Szczególny dysonans odczuwa się porównując wizerunek Tomasza Beksińskiego z jego ekranowym wcieleniem w osobie Dawida Ogrodnika, przerysowanym, by nie powiedzieć karykaturalnym. Cenię tego aktora za role teatralne (w „Nietoperzu” w TR Warszawa) czy filmowe (w „Chce mi się żyć” Macieja Pieprzycy), ale tę uważam za nieporozumienie.
Film Borchardta inkrustują ponadto fragmenty archiwalnych kronik z wystaw malarza oraz wywiadów z nim, składających się na jego wielowymiarowy portret 

Zdjęcie użytkownika Leslaw Czaplinski. .

„OBRAZ SAM SIĘ OBRONI”

Lesław Czapliński

„Obraz sam się obroni”

Istnieje taki film, w którym wiele się dzieje, choć nie pada ani jedno słowo. Jest tak w „Nagiej wyspie” Kaneto Shinto, gdzie życiowym perypetiom pewnej rodziny, ich radościom jak i tragicznym przejściom, towarzyszy wyłącznie muzyka Hikaru Hiyashiego. Później z kolei powstał film „Koyaanisqatsi” Godfreya Reggio z hipnotyczną oprawą muzyczną Philippa Glassa.
Także na tegorocznym, LVII Krakowskim Festiwalu Filmowym spotykamy filmy, zredukowane prawie wyłącznie do obrazu i towarzyszących mu co najwyżej odgłosów akustycznych, a obywających się prawie całkowicie bez słownego komentarza i dialogów.
Pierwszy z nich to wstrząsające requiem dla niegdysiejszych kazachskich portów, od których odsunęło się morze w wyniku rabunkowej gospodarki hydrologicznej. To los wysychającego Morza Aralskiego, pozbawionego dopływu wody wskutek wykorzystywania w sąsiednim Uzbekistanie Syr Darii i Amu Darii do nawadniania pól bawełny, z których docierają jedynie trujące sole ze stosowanych tam sztucznych nawozów.
Stałym motywem filmu „Żalanasz. Pusty brzeg” w reż. Marcina Sautera, autora scenariusza i zdjęć, jest obraz wielbłąda błąkającego się uliczkami wymierających miejscowości lub pośród piasków z utkwionymi w nich wrakami statków  . W tle dźwiękowym pojawiają się nawoływania muezzina.
Drugi film prawie bez słów to „Proch” w reż. Jakuba Radeya, zarazem jego montażysty. Film rozpoczyna się slalomem erki po zatłoczonej drodze ekspresowej. W pewnym momencie milknie dźwięk syreny, a ekran zostaje wyciemniony – niewątpliwie znak śmierci. Na zawartość filmu składają się urzędowe czynności związane z ciałem zmarłej, prawdopodobnie samotnej kobiety (sekcja, ubieranie zwłok, pochówek bez udziału żałobników), jak i tym, co po niej pozostało (przegląd, a następnie niszczenie dokumentów i pamiątek, likwidacja i dezynfekcja mieszkania, licytacja przedmiotów posiadających jakąkolwiek wartość).
Odkąd juroruję na różnych festiwalach w ramach składów FIPRESCI nauczyłem się programować sobie indywidualne projekcje. W Tampere jeszcze w oparciu o kasety, obecnie za pomocą plików, nie będąc dzięki temu skazanym na arbitralny wybór organizatorów.