„REFORMA SĄDU OSTATECZNEGO”

Lesław Czapliński

Reforma Sądu Ostatecznego?”

Jak donoszą koła dobrze poinformowane, powołując się na źródła zbliżone do Watykanu, w Kongregacji ds. wiary trwają prace nad reformą organizacji Sądu Ostatecznego, którego ustrój pozostawał niezmieniony co najmniej od dwóch tysiącleci, jeśli wręcz nie wieczności. W ramach demokratyzacji spraw ostatecznych  Sąd Ostateczny  stanie się trzecią instancją w postępowaniu zarówno karnym, jak i cywilnym oraz kanonicznym. W związku z tą reorganizacją opracowany zostanie nowy regulamin funkcjonowania tej eschatologicznej instytucji. W związku z tym w sposób naturalny wygaszeniu ulegnie kadencja dotychczas nim kierującego  . O obsadzeniu tego stanowiska lub utrzymaniu dotąd je pełniącego, zadecyduje swoją bullą papież. Jak się okazuje, zgodnie z doktryną taoistyczną o współzależności spraw ziemskich i kosmicznych, reforma sądownictwa PiS naruszyła panującą w tym względzie równowagę i wywołała głębokie reperkusje w porządku uniwersalnym, wymuszając dostosowanie do nowych polskich realiów ustrojowych również funkcjonowanie tych zdawałoby się wieczystych i niepodlegających zmianom, w tym Sądu Ostatecznego.

„NARODOWE DOMY ROZPUSTY”

Lesław Czapliński

Narodowe domy rozpusty?”

Swego czasu Friedrich Nietzsche w „Ecce homo” ironizował na temat gloryfikowanej niemieckości, tworząc absurdalną wyliczankę: Sztuka niemiecka, mistrz niemiecki, owczarek niemiecki, piwo niemieckie…”. Z kolei obecnie w Polsce prawie wszystko w domenie publicznej staje się narodowe jak wcześniej było państwowym lub ludowym (wojsko, spółdzielnia wydawnicza etc.). Ruszczyzna przynajmniej nie ma takich kłopotów, bo „narodnoj” może oznaczać zarówno ludowe, jak i narodowe. Na przykład media publiczne przeistoczyły się niepostrzeżenie w media narodowe. Może więc najwyższy czas przechrzcić na domy narodowe domy publiczne (nie wiedzieć czemu jedno z ich polskich synonimów brzmi burdel, mimo że we włoszczyźnie czy francuszczyźnie, z których niewątpliwie został zaczerpnięty, jest to bordello/bordelle, chyba że w ten sposób chciano uczcić zarazem rzeźbiarza Émile’a Antoine’a Bourdelle’a , spod którego dłuta wyszedł stojący nad Sekwaną paryski pomnik Adama Mickiewicza  ?). Kiedyś, co prawda, w Galicji istniały ukraińskie, czy, jak je wówczas określano, ruskie domy narodowe  , zaiste nieposiadające znamion lupanarów czy zamtuzów (dzisiaj młodzi na ogół już nie kojarzą tych słów, choć budzą one u nich pewne rozbawienie pomieszane z upodobaniem dla samego ich brzmienia), lecz ośrodków kulturalnych.

„CZY SZYMANOWSKI ZWIEDZAŁ KOŚCIÓŁ św. KATARZYNY albo W KRĘGU FRANCISZKAŃSKIEJ POBOŻNOŚCI”

Lesław Czapliński

Czy Szymanowski zwiedzał kościół św. Katarzyny?”

Na przykład przy okazji odbioru honorowego doktoratu UJ w 1930 roku, albowiem zagrane na zakończenie XIII Festiwalu Muzyki Polskiej  jego Stabat mater op. 53 sprawiało wrażenie jakby było pisane specjalnie z myślą o akustyce tej właśnie gotyckiej świątyni, nieopodal której, na Skałce autor ten znalazł miejsce ostatecznego spoczynku.
Jej walory dla należytego eksponowania muzyki oratoryjnej odkryto w związku z Pasją i Jutrznią Krzysztofa Pendereckiego. Szczególnie strona wokalna zyskuje tu dzięki pogłosowi na sile i blasku. Tak było i tym razem.  Muzyczne opracowanie łacińskiej sekwencji franciszkanina Jacopone da Todi w polskim przekładzie Józefa Jankowskiego odznacza się właściwą dla późniejszego stylu Karola Szymanowskiego instrumentacyjną powściągliwością i do pewnego stopnia surowością. Spośród trójki wykonawców zachwycił mnie zwłaszcza sopran Urški Arlič – Gololičič  bez najmniejszego wysiłku unoszący się pod sklepienie, napełniając je swym srebrzyście opalizującym brzmieniem. Muszę przyznać, że właśnie dopiero teraz artystka w pełni przekonała mnie do swej sztuki śpiewaczej. Sekundowali jej  Jana Sŷkorová, dysponująca głębokim mezzosopranem o ciemnym zabarwieniu w dole skali, oraz baryton Michał Partyka, choć może nie tworzyli idealnego ansamblu w pełni zgranego pod względem barwy głosów. Pewne zastrzeżenia natomiast budzić mogła kształtowana przez dyrygenta Wojciecha Rodka  dramaturgia utworu, który, jak już wspomniałem, w znacznym stopniu odwołuje się do zwięzłości wypowiedzi i wyrazowej oszczędności. Nieśpiesznie płynąca muzyka jakby zanurzona w bezbrzeżnej medytacji z jednej strony odpowiadała modlitewnej naturze kompozycji, ale zarazem nie udało się kapelmistrzowi całkowicie zniwelować poczucia upływu czasu, którego dłużenia nie sposób było nie zauważyć.
Leoš Janaček, aczkolwiek agnostyk, z powodzeniem tworzył wybitne utwory muzyki sakralnej (np. Msza głagolska), co potwierdza obserwację, że korzystne w tym względzie jest zachowanie dystansu jak to bywało w przypadku filmów o fenomenie świętości, kręconych przez niewierzących („Franciszek, kuglarz boży” Rosselliniego czy „Ewangelia według Mateusza” Pasoliniego). Można by w tym miejscu zaryzykować parafrazę stwierdzenia Karola Stromengera o Mozarcie, że Janaček nie stal się w pełni ateistą z powodu istnienia muzyki kościelnej, na czas trwania której Bóg przybiera realne kształty. Uzupełnieniem programu omawianego koncertu była jego „Wieczna ewangelia”, również pozostająca w kręgu pobożności franciszkańskiej. Napisana do słów poematu Jaroslava Vrchlickŷego, zainspirowanego pismami Joachima z Fiore, w których dokonuje się apoteoza idei „biedaczyny z Asyżu” jako odnowionego przesłania biblijnego. Na upartego można się doszukać w tym dziele pewnych powinowactw z Szymanowskim w zakresie instrumentacji, a zwłaszcza ustępów, w których do głosu dochodzą sola skrzypcowe w celu wywołania mistycznej aury. Tym razem Urška Arlič – Gololičič wcieliła się w głos zwiastującego anioła, a rolę narratora pełnił tenor Wojciech Parchem  . W naturalny sposób była to muzyka bliska gościnnie występującej orkiestrze Filharmonii im. Leoša Janačka właśnie z Ostrawy  , z którą wystąpił chór Filharmonii Krakowskiej  . Na marginesie warto odnotować zainstalowanie promptera, na którym można było śledzić zarówno tekst Stabat mater Szymanowskiego, jak i tłumaczenie libretta kantaty Janačka, co ułatwiało zrozumienie ich literackiej wymowy. Na koniec artystów obdarowano białymi różami  , które w ostatnim czasie nabrały politycznego wydźwięku
.

„USZOPLĄS: pomiędzy KRAKOWSKIM SALONEM a KAPLICĄ MARKA ROTHKO”

Lesław Czapliński

Uszopląs: pomiędzy salonem krakowskim a kaplicą Marka Rothko”

O tym jakie znaczenie dla ostatecznych wrażeń posiada odpowiednie skomponowanie programu można się było przekonać podczas recitalu akordeonowego Macieja Frąckiewicza, któremu na fortepianie akompaniował Marek Bracha  . Gdyby zgrupować ze sobą dziewiętnastowieczne utwory o charakterze salonowym i w drugiej części przeciwstawić im dwudziestowieczne i dwudziestopierwszowieczne o mniej lub bardziej eksperymentalnym charakterze, wtedy zapewne wynieślibyśmy o wiele korzystniejsze odczucia. A tak, przeplatając ze sobą muzykę o bardzo różnym ciężarze gatunkowym, otrzymaliśmy pomieszanie stylistyczne i estetyczne, powodujące swoisty uszopląs. Wielce obiecujące był zagrany na początek „Wiatr echa niesie po polanie” Andrzeja Krzanowskiego z tzw. pokolenia stalowowolskiego, które zaistniało w związku z organizowanymi w tym mieście w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku spotkaniami młodych kompozytorów. Choć Krzanowski sam był akordeonistą, to najbardziej interesującą w tym utworze jawiła się warstwa fortepianowa, zawierająca rozlewające się plamy dźwiękowe, uzyskiwane dzięki odpowiedniemu stosowaniu pedalatury. W tym zestawieniu mniej odkrywczym okazał się zainspirowany przywołanym w tytule abstrakcyjnym malarstwem Marka Rothko utwór Dariusza Przybylskiego w hołdzie tamtemu „Czerwone na kasztanowym”

. Z kolei akordeonowe „WAM-iationen”, czyli wariacje na tematy Mozartowskie Piotra Tabakiernika, zawierały na początku i końcu elementy performensu. Ogniwem pośrednim pomiędzy dawnymi a nowymi czasy były Tansmanowskie Mazurki, w których w przeciwieństwie do wizji Szymanowskiego zachowana została tożsamość genetyczna zarówno z ludowymi, jak i szopenowskimi pierwowzorami. Na tym tle dość blado przedstawiały się zachowawcze i niezbyt oryginalne, niewykraczające poza repertuar salonowy kompozycje Karola Mikulego – Etiuda H-dur – oraz Józefa Brzowskiego Rapsodia, w której do wspomnianego duetu dołączyły skrzypaczka Maria Sławek oraz wiolonczelistka Aleksandra Lelek  .