MILCZENIE POETY

MILCZENIE POETY

W tytule swojego zbiorku mysli o tworczosci kilku wielkich poetow niemieckich Hans Georg Gadamer postawil pytanie: Czy poeci umilkna? Jest ono wazne takze dla mnie, bo dotyka odczuwanej przeze mnie w sposob bardzo osobisty sytuacji porozumiewania sie z czytelnikiem, ktory wlasciwie nie chce sluchac, by przezyc i odkryc samego siebie poprzez dzielo poetyckie, lecz zamiast tego zanurza sie w halasie medialnym, ktory opanowal nie tylko wyobraznie zwyklych odbiorcow slowa drukowanego, lecz takze krytykow. W czasach wspolczesnych, gdy na wrazliwosc poetycka otwarte sa wlasciwie tylko nieliczne jednostki, ktore stac na smakowanie sposobu uzywania slow i ktore stopniowo sie umieszcza wraz z ginacym juz gatunkiem wypowiadania sie w muzeum ludzkich przesadow, poeta wlasciwie skazany jest na milczenie, czyli – mowiac bez ogrodek – na samobojstwo. To ono staje sie jego wlasciwa metoda uzycia znakow, sposobem gry ze smiercia, ale tylko po to, by ocalic cos, co trwalo w kulturze Europy od chwili jej narodzin, tj. potrzebe wzruszenia opowiesciami, ktore wywodza sie tylko z fantazji, umieszczajac zycie czlonkow okreslonej zbiorowosci, do ktorej poeta mowi, w doswiadczeniu indywidualnego istnienia. Ale dla kogo? Pytanie to nie jest, o zgrozo, absurdalne. Zatem poeta musi krzyczec, ale jego krzyk jest zgoda na smierc, jest poddaniem sie niemozliwosci powiedzenia czegos istotnego. Dlatego poeta milczy, glosniej niz ryk zarzynanej swini, ciszej niz zakwitanie nocy, piszac i powierzajac sie pismu, pewny jego zdrady i swej przegranej.

PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

znajduje sie cos, co nas pociaga do zobaczenia swiata we wlasciwych proporcjach, to znaczy w pewnej rownowadze pomiedzy zanurzeniem w doczesnosci a doswiadczeniem lotu w nieskonczonosci swiatla. To w nim lecialem gdzies daleko w centrum Drogi Mlecznej, ktora byla czysta swiadomoscia istnienia w pokoju, szczesciu i pogodzeniu sie z samym soba. Niewatpliwie jest to doswiadczenie przekroczenia granic, w ktorych zyjemy na co dzien, jednak po nim przychodzi przebudzenie na zwykle sniadanie z kawa, przejazd tramwajem do pracy, powrot do domu, obiad, rozmowe z zona i zarty z corkami. Po drugiej stronie lustra jest inne zycie, ktorego doswiadczywszy zadajemy pytania bez potrzeby szukania odpowiedzi na nie w jezyku codziennosci, z ktorym jednak nie pozostaje w sprzecznosci i laczac sie z nim niejako w pewnej absolutnosci rytualu z perspektywa zrozumienia swiata w jego aspekcie duchowym, wyrazonym w jednym slowie: AMEN. Po jego wypowiedzeniu nie odkrywamy wlasciwie niczego nowego, czego by religia, filozofia, nauka, sztuka i potoczne doswiadczenie nie mowily zarowno o swiecie materialnym, biologicznym, jak i kulturowym. Jaka zatem jest korzysc z wycieczki na druga strone lustra? Skoro doswiadczamy tylko tego, co wszyscy i tak wiedza, mozna powiedziec, ze jest ona daremnym i absurdalnym trudem, ktorego nie warto podejmowac. Jednak nie podzielam takiego stanowiska. W jakims sensie jest to doswiadczenie zdjecia zaslony zakrywajacej umysl, podrozy, w ktorej chodzi tylko o poszerzenie swiadomosci o wymiar absolutny, w ktorym naprawde zyjemy, i ta perspektywa spojrzenia, ktora udaje sie nam uzyskac, jest diamentem, o ktorym caly czas mowie, raz powaznie filozofujac, raz piszac wiersze, a takze zartujac i kpiac ze wszystkich swietosci. Jednak tego doswiadczenia nie moge zdradzic cokolwiek powiem. ONO jest we mnie.

CZY WIERNOSC MA ZNACZENIE?

– Po tylu latach zycia razem, gdy pojawily sie dzieci, dlaczego zadajesz to pytanie? – A co bedzie potem, kiedy dorosna i nie bedziemy im potrzebni, czy wtedy odejdziesz do swoich ksiazek, ktore opowiadaja o nieobecnym zyciu, w ktore wierzysz jak w doslownosc czerni litery zaokraglonej zgodnie z norma drukarska? – Mysle, ze trzeba wierzyc po zdradzie, po przemysleniu pewnych metafor, przezywajac je jakby urodzily sie dopiero dzisiaj, a tak naprawde opowiadajacych o tym, co poza koncem, ktory stawia kwestie, co bylo zanim sie poznalismy, gdy nie bylismy jeszcze nawet w zadnych planach ludzkich czy innych. Opowiadalismy przeciez razem w deszczowe wieczory oddziedziczone historie takze naszym dziewczynkom, tak jak sami ich sluchalismy z rozdziawionymi buziami, chlonac wszystko, jakby to bylo objawienie, i nie odrozniajac prawdy od fikcji, ktora wydawala sie nam po prostu glosem z wnetrza naszych snow. – Ale po co? – Moja babcia sie smiala i odpowiadala pytajac: a na co? a po co? a dlaczego? Nie wiedziala, ze parafrazowala i przedrzezniala czcigodnego Arystotelesa, ktory pewnie zaszczepil wszystkim te zdania zakonczone najwazniejszym chyba znakiem interpunkcyjnym, a bez ktorego nie mozna spokojnie spac i cieszyc sie, ze niedlugo juz trzeba bedzie opowiadac naszym wnukom te same bajki z tymi samymi moralami i zakonczeniami, watpliwymi jak nasze i ich wydumane zycie.

KSIEGA

lezala na stole, gdy sie obudzilem, zamknieta i otwierajaca wspomnienia wieczornej lektury. Jak zwykle kawa i papieros, wiadomosci i przeglad prasy. Co slychac? Wlasciwie nic, tylko Ksiega. Nastepnie toaleta, kolejny papieros i codzienny rytual pisania. O czym? O niczym, to znaczy o Ksiedze, to znaczy o zonie, ktora jeszcze lezy w lozku, Agatce, ktora pewnie o tej porze wlaczyla telewizor i oglada kreskowki, i Natalce, ktora myszkuje gdzies daleko w snach. Pojawiaja sie obrazy, przyplywajace do mozgu gdzies z Kosmosu? Nie – to tylko Droga Mleczna, wygaszacz ekranu na moim laptopie, to Litera i zarazem metafora Ksiegi, to ja, ja jako nie-ja, monitor, klawiatura i wibrujace spokojnie w piosence glosy, zycie, zatem dzwieki mysli, ktore pytaja, rozblyskujac w strumieniu znaczen. Tak, czuje cos, co czyta klikanie serca, czyli Ksiege.

 

A LICZY ZMARSZCZKI LUSTRA

A wybrzmiewa latami

Rzezbionymi

Na jej twarzy i jak stara lampa

Mysli o spoczynku gdzies w kacie

Nad potokiem w kregu znajomych

Liter

A to stara kobieta jak okrutny sierpień

Wspomina zapadla wioske gdzie juz

Sypie sie jesień alfabetow

Brzozy naleza juz do przodkow

A ja rozsypuje sie w piasek

Jak pies wiernie tulacy sie do

Pajeczyny zycia

A to wszystko przed lustrem jak zajac

Jeczy skrzydlami lat

Spiewa pokotem traw

I burzy porzadek napietych policzkow

Tak to ja

A

Tak to ty

– A

 

W A JEST ZAGIEL CALUJACY WIATR…

A nieco zdziwiona czuloscia powietrza

Obserwuje nadchodzacy podmuch

Pytajnika co sie otwiera w zoltych

Zakamarkach portu Syros

A tylko to co widac w tloku

Snow jest chocby w przyblizeniu

Droga mrowki rzeka innych glosow

Migajacych usmiechami malej a

Jechalem w pociagu po brzegi

Wyslanym stukotem cichutkich

Wstrzasow jak matka kolyszaca

Kaszel swego dziecka

Troskliwie nabrala nowonarodzona

A oraz nutki budzacego sie zycia

Pomyslala – wszystko jest w A

Nawet zagiel calujacy wiatr

Zatem jestem sama

W obliczu A