BYLIBYŚMY NIEZŁYM WYNALAZKIEM, GDYBY

BYLIBYŚMY NIEZŁYM WYNALAZKIEM, GDYBY

 

Pismo wspomniało, niejako z przekąsem, o pierwszej audiencji, jakiej udzieliłeś tuż przed początkiem dnia siódmego. Podobno byłeś zmęczony, lecz duma z owoców pracy i zadowolenie, jakie cię przepełniało, onieśmielało nawet tych bezgrzesznych, którzy mieli opowiedzieć o twoich planach.

Mówili już wtedy,

Mówili o wielkim ciężarze,

Mówili: „Nie udźwigniemy

Lekcji dobra, odetną nam

Członki i głowy,

Rozrzucą po krańce ziemi,

A dobro będzie głosem rozpaczy.”

(Anonim, Za pismami ocalałymi z pożogi)

Kroniki opisują powstanie nauk, ćwiczenia ręki, odczytywania śladów, zapisywania ciał, do których przywykli niektórzy, czasem przed pierwszą miłością. Największe postępy w studiowaniu nauk czynili chirurdzy. Żywo deliberowali o zapaleniach wyrostka robaczkowego, nagłych operacjach tuż przed linią frontu, ilością spirytusu potrzebnego do znieczulenia.

No i nie wytrzymaliśmy. Zło karczowaliśmy trucizną, rozrywaniem ciała. Później się ucywilizowaliśmy. Nasi mędrcy zademonstrowali gilotynę, jako wynalazek posłuszny, cichy, wydajny, a jego skuteczność opisywały statystyki. Niezłe możliwości wykazywały kałasznikowy, napalm, bomby atomowe wbrew zapowiedziom okazały się mało praktyczne. Teraz przyszła moda na środki naturalne. Wbrew śmiechom zawodowców, do nich należy przyszłość.

(Śpiewajmy pieśń radości,

Śpiewajmy o pięknie,

Śpiewajmy o miłości,

Niech nikt się nie zlęknie)

Wszyscy jesteśmy wybrani. Jedni bardziej, inni mniej. Chwała tym, co widzieli, a nic nie robili. Milczenie i spuszczona głowa dla tych, których nie można rozpoznać. A po nas znów będzie się kręcić karuzela, chłopcy będą grać w piłkę krzycząc podaj, podaj, gamoniu, a dziewczynki będą przeglądać się w lustrach sprawdzając, czy bajki mówiły prawdę.

I wtedy stała się oczywistość. Brzmiała unisono, wysoko ulatywały spółgłoski, dołowały z kolei samogłoski. Harmonia polegała na zgrzytach, niedopasowaniach, krzyku.

Ojcze, duma nie pozwalała iść na czworakach. Zatem pełzając, brzuchem po piasku, w ostrogach na gołych piętach, wzywaliśmy zmiłowania, zamiast prosić o siłę.

A miała nadzieję, że nasz mechanizm będzie działał jak perpetuum mobile.

B siorbała nosem zastanawiając się, co z tego będzie.

Z nawet nie spojrzała, gdzie zniknęły nasze dzieci.

Wzgarda była dla niej wszystkim, co mogła nam ofiarować.

(O, Jeruzalem, o Jeruzalem,

Gdzie schowałaś nasze groby,

O Jeruzalem, o Jeruzalem,

Dla nas zamknęłaś podwoje!

Dlaczego?)

(R. nieznany, w modlitwie za nas)

DO TEGO, KTÓRY ZOSTAŁ WYBRANY, DO TEGO, KTÓRY PROWADZI

DO TEGO, KTÓRY ZOSTAŁ WYBRANY, DO TEGO, KTÓRY PROWADZI

 

M., jesteś podobny do drzewa cedrowego, wokół którego zebraliśmy się i czekamy, wisząc na gałęziach. Zanim dasz nam kije zamiast mieczy, zanim dumny dźwięk rogów ogłosi przyszłe zwycięstwo, musimy pomyśleć o naszych żonach, dzieciach, nałożnicach i starcach. Zasługują na ochronę, choć nie za wszelką cenę. Lekkie rzeczy poniosą osiołki. Przed podróżą czas  na posiłek, by sił starczyło na dłużej. Suszone mięso na czarną godzinę  schowamy w bezpiecznych miejscach. Może się też przydać, by przekupić  wzrok karabinu i chciwość noża do patroszenia zwierząt. Wsiądziemy, jak kazałeś, na wozy, osły, konie, wytrzymałe i szybkie, o maści pustyni. Niektórzy wolą wielbłądy – no cóż, wszędzie się znajdą jacyś odmieńcy. Zdobne rydwany zostawimy losowi, nie sprawdzą się w podczas wędrówki. Jadą powoli, ich osie się zacinają z braku smaru. Nasze nogi i naprężone ręce, jak mówisz, będą skuteczną bronią przed siłą wozów bojowych, kul, i ataków, z tyłu, z przodu, z prawa i lewa. Gdy dasz hasło, wyjdziemy cichcem, nad ranem, gdy straż, niechętna nocy i rutynie, już śpi pijana od wódki.

M., czy dasz nam księgę, czy dasz także moc, by pokonać rozsądek? Starszyzna mówi, że należy dbać o sen i wypoczynek. Są potrzebne, by ciągnąć dalej swój kawałek ciała. A nauka czytania tajemnych tropów, które, podobno, prowadzą tam, gdzie śmiech nie będzie drwiną, a kobiety będą mogły nam gotować mannę z surówką, jest szkodliwą mrzonką. Nawet ci, którzy przeżyją, nie skosztują choćby sałatki z buraczków, młodych ziemniaczków z jajkiem sadzonym i kefirem do popicia.

M., księga, jak rzekłeś, wskaże ukrytą jaskinię na pustkowiu. Może uda się ocalić nerkę czy wątrobę. Dla tych, których spotkamy śledziona i żołądek też nie są do pogardzenia. W niedalekim Szłała kupcy dają nawet sto drachm od sztuki. Jeszcze cenniejsze są płuca i serca. Popyt jest duży, a sprzedaż bezpieczna, więc dochód zapewni dostatnie życie głodnym dzieciom. Wiemy, zgadzamy się, potrzebna jest nie tylko ostrożność, również podział zadań. Najpierw pójdzie  szpica, której wręczysz zwój otwarty na właściwym miejscu i wskażesz z daleka ziemię, którą musimy pierwej podbić, nie tracąc nadziei, że wysłane przez ciebie posiłki zdążą na czas. Potem znów w drogę, od potyczki do potyczki, czasem większe straty, czasem mniejsze. A my, to znaczy ja i mrówki, moje towarzyszki broni, ruszymy dalej ,uprzątnąwszy ziemię z przyjaciół. Jak się uda, kiedyś ujrzymy granicę, za którą tylko kraty, domy strzeżone drutami pod napięciem i bladoniebieskie oczy, znudzone długim oczekiwaniem na zmianę warty, i nasz sen.

M., trudność drogi nie jest

tylko wytrwałością mięśni,

twardym słowem,

okiem, którego się boją

barbarzyńcy.

Akadu mówi,

droga jest nieszczęściem,

od którego większym jest

strach przed rozgrzanym piaskiem.

WSTĄP NA GÓRĘ, TAM BĘDĘ CZEKAŁ

WSTĄP NA GÓRĘ, TAM BĘDĘ CZEKAŁ

Mówiłem, lecz nie słuchałeś.

Wolałem, lecz odwróciłeś głowę.

Czekałem. Już niczego nie widzę.

Ten, który czeka, zawsze czeka.

 

Miałem włożyć jego mundur. Miałem być silny, zawsze gotów do walki. Zaspałem. Me upodlenie widoczne na tatuażu na plecach. Jesteś tchórzem, dla ciebie miejsce za drutami. Pamiętam, wieczorem zasiadłem do kolacji z M. i T., potem dołączył B. Wzrok wił się jak bluszcz za oknem, za nim siejący wołanie wiatr. Myślałem, nie ma nikogo, zwykły rytuał. Rozmowy zamykały się w okręgu, zapieczętowane przed wścibskimi uszami, oczami, przede wszystkim – językami.

Zdawało mi się, że sufit się otworzył, pod spodem nagle rozlała się pustka. Wtedy otoczyły mnie żelazne, pokryte rdzą łańcuchy. Były darem dla mego plemienia, miały otoczyć, poderwać, zagłuszyć, tak – zagłuszyć.

Uałua, niczego nie powiedziałeś, kiedy przyszedł rozkaz, kiedy na komendę powstań i idź odszedłeś od stołu i odszedłeś w las. Tam chciałeś się schronić przed życiem, przed spojrzeniem zza zakrętu, jodły, krzaków malin. Było wtedy lato, jak zwykle noce były ciepłe. Tam zapisano każde stąpnięcie, struchlały trzask gałęzi, powołanie do wielkich czynów. Wolałeś przeżyć zhańbiony. Wolałeś wydać braci niewidzialnym ścieżkom. Wolałeś iść naprzód, otworzyć okiennice, schować się pod ziemią.

Zamknij oczy, Uałua. Krzyk nie usprawiedliwi pogardy. Nie zasłużyłeś na piec, życie za drutami, wśród popiołów sprawiedliwych. Nawet na głód, głośno wołający o kolejny kawałek mięśni. Patrz na odbicie w tafli nieba. Byłeś wezwany, lecz wielkie czyny nie były szyte na twą miarę. Nie chciałeś nawet podnieść głowy, pomyśleć, że wojskowa czapka i pewne nogi uniosą cię do ostatniej stronicy.

Zostaniesz ubrany w białe giezło, położą cię twarzą do ziemi, z rękami zarzuconymi na potylicę. W geście łaski, będziesz mógł włożyć pantofle.

(Ja, wytrwały słuchacz codziennych myśli,

Także ja, który czytam każdy twój krok.

I ja, notujący każde uderzenie serca.

Potwierdzam.

Zostało wysłuchane. Odczytane. Zapisane.)

WYMAZANY Z ŻYCIA, WYMAZANY Z KSIĘGI

Czy wróciłeś? Kiedy? Przywiozłeś łakocie dla malutkich? Nie? Zaprawdę zgrzeszyłeś, wobec tych małych, najmniejszych i pochyłych liter, bliskich i żyjących w innej opowieści. A to nie będzie  ci wybaczone.

R. Akiwa, W moim pamiętniku

 

Siedziałeś Wahebe, na ganku, patrząc leniwie na złamane srebro oliwek. Jak -myślałeś – zapisać zmarniały ten chłód, chłód, który będzie skrapiał siwe włosy. Tak twoje, zanim porzuciłeś obowiązek odwracania kart jak cię nadaremnie uczono, powoli, z pokorą i szacunkiem, należnym pożółkłym znaczeniom. Wahebe, gdy dorosłeś, palce odwykły od szukania ścieżki pomiędzy ziarnkami piasku ścieżki, danej tobie i mnie, nam. Przestałeś rozmawiać z liśćmi palm, znaczenie pory deszczowej i suchej sprowadziłeś do pożytku dla czołgów. Przed tobą, przed gąsienicami, może pies, może rozbudzona szarańcza. Pewnie to drugie, bo niby skąd jakiś przybłęda, jakiś uciekinier z zagrody.

Akiwo, czołgi miały być tylko próbą. Chciałem wiedzieć, czy huk armat przyniesie błogosławieństwo, zagłuszy ranę. A zwycięstwo miało być dowodem, że zwoje zostały rozwinięte w odpowiednim miejscu i prowadzą mnie pod podszewkę pustyni. Miałem zostać nawozem, pokarmem, podporą i źródłem siły dla nowych rzek, ogrodów, pastwisk. Miałem dąć w szofar na znak, że pismo się wypełniło. Parę cukierków? – mówisz – tak, łakocie są ważne. Ten pisk, ten śmiech i słowa.

Co im przywiozłem z pustyni? Trochę kamieni dla jednej, trochę błota dla drugiej. Zmęczenia jazdą i zapachem ropy. Niech pamiętają. Niech nie wymażą imienia ani mojego, ani twego, rabbi Akiwo. Źródła nie ma tam, gdzie brak światła, a wzrok zasłonięty i nie widzi złamanych gałęzi, rozprutego brzucha, milczenia maczety, mimo że ostrej, także i ona musi czasem pracować w dwójnasób.

Wahebe, masz rację. Księga i czytanie w półmroku to wędrówka nie dla ciebie. A pismo nie jest po to, by zachwycało. Mówiłem wprawdzie, że każdy rozjechany gąsienicami kamyk ginie i będzie odłączony od innych. Czy dla ciebie to szlak? Dla jednych winą jest, że szukali oazy, gdy inni grzeszyli pychą i wiedzą, co dobre i złe. Być może najbardziej są godni pogardy ci, którzy z gałązką oliwną jak szaleńcy biegli, biegli naprzeciw pociskom.

Wahebe, warkot silników wskaże ci drogę. Zabierz się do pracy. Trzeba naoliwić

zamek, nałożyć hełm, nie zapomnij o lornetce, apteczka będzie potrzebna, jeśli nie tobie to koledze. A teraz śpij, trzeba wypocząć, i zamknąć za sobą ciężar pogardzanych zwojów.

ZAPISANY W CHMURACH

ZAPISANY W CHMURACH

Obłoki, moje obłoki, na waszych kartach spisane dźwięki, czytam was jak opowieści, to znaczy, by was słyszano. Przyszłyście zanim zacząłem rozumieć, że na mnie czas, by zniknąć. Zanim odejdziemy zapiszę ostatnią literę mego imienia po prawej stronie cumulusa, tego, który pozostanie i będzie mówić o tym, co było. Twardo ciosane litery nie mają już znaczenia dla nikogo ani niczego poza kłębiastą stronicą, plotkującą o pogodzie z następną, a potem zerkając do następnej, w ten sposób tworząc miejsce dla nieznanych dźwięków, oddechów, pragnień liter i alfabetów. Nigdy o nich nie mówiłem, nikt nie przesłał mi  dawnych snów, ani codziennej drogi do szkoły. A dziś pamiętam tylko, jak sól niszczyła buty, a mama się martwiła, że nowe będą bardzo drogie. Czasem zaglądałem na śniadanie do baru mlecznego na kakao z dużą bułką z twarożkiem ze szczypiorkiem, cebulką lub rzodkiewką, czasem z pastą jajeczną, kiedy indziej z jajecznicą. Zimą ulice były dość brudne, zmieszane często z lękiem i pośpiechem, by zdążyć przed dzwonkiem, co często było niezbyt oczywiste.

Rabbi Złamany Rylec nie mógł mi pomóc. Moja pamięć zostanie zapisana tylko pod przedartą strofą milczących eposów, a Nieznani Skrybowie będą starannie czytać i zastanawiać się, jaki wydać ostateczny wyrok. Zasług na życie wśród rajskich ogrodów pachnących ulewnym deszczem raczej nie miałem. Potępienia pragnę uniknąć, potępienia przez zamknięcie za bramą Biblioteki Nieczytanych Poetów. Czy ona jeszcze otwarta? Czy nie za późno, by wymknąć się spod władzy skrzypiących zawiasów i opuszczonych krat?

Przechodzisz i mijasz bramy, fosy, szlaki biegnące między opuszczonymi domami, ścieżkami, udeptanymi i nieznanymi słowami, czasem spod piasku wyłaniają się okruchy zasuszonych kości. Idziesz dalej i coraz mniejsze drzewa, coraz mniejsze domy, nie widać już kolorów dachówek ani ścian, o których pisałeś, nie słychać ani rżenia opon, ani pisku wyciętych drzew. W oddali majaczy się przecinek, albo kropka. Przecinek dawał zawsze nadzieję na następne słowo, akapit, zdanie, frazę. Gdy musiałeś postawić kropkę po blednącej nadziei na spisanie zamkniętych oczu i uszu, bezwładnie leżącego, nie pogrzebanego  ciała, czułeś, że odchodzisz. Czy jesteś poetą, jeśli zapomniałeś, co jest pod ziemią? Poetom nie wolno podnosić oczu ku górze,  tam wypatrywać co jest, co nadejdzie, co minęło na łapkach kota. Pamiętaj, wzrok poety ogarnia co zasypane, jego język czuje jak ziemia drży, żyje i umiera z nadmiaru strachu. Poeto, wejdź w ciało ziemi, tej ziemi, o której nikt nie pamięta.

 

ABUDE, WIDZIMY TYLKO UŁAMKI STRONIC

ABUDE, WIDZIMY TYLKO UŁAMKI STRONIC

Abude, Abude, jesteś bosa i naga. Wodzisz wzrokiem po kartach księgi, znak po znaku, przekreślasz palcem każdą literę. Pada deszcz, wieje wiatr od skal nadbrzeżnych. Księga zapisuje promienie ścieżek, na których stawiamy stopy. Twe życie otulają podmuchy fal, a w morzu mieszkają oczy, które chciałaś nasycić brzmieniem mowy.

Abude, wpatrujesz się w rytm fal pieszczących ostre skały. Czy widzisz tam swe odbicie! Jestem ślepy, dlatego czuję chropowatość piasku, na wydmach, na plaży, w sercu. Przede wszystkim światło i mrok, jak łączą się w granicach ciała. Jestem ślepy, ty też. Nie patrz tak obojętnie, nie odrzucaj daru powiek zawieszonych na szczytach skał. Potem może być za późno. Potem odejdę. Potem zostaniesz sama, sama ze swoją historią, pełną uniesień, i beznamiętnych widoków. Pełną broczących słowami ran.

Abude, tylko nie ty, Abude, nie śpij. Nie oddalaj się ode mnie. Nie porzucaj życia jak flet, który zamilkł ze znużenia. Czy słońce wschodzi tylko dla nas? Czy morze utula nas do snu? Czy stronice odwracają się same? Nic, tylko pytania, tylko szum w uszach jakby zelżał. Unoszą cię tam, daleko, gdzie już zadławisz się oddechem, martwym już ciałem. Idźmy, nie czas odpoczywać, gdy szept odkrywa słabość poranka, a noc więdnie na ustach.

Abude, co ci dała mamusia, by się uśmiechała do chłopców gębusia? Dwa słowa, jak dwie gwiazdy, jak piersi, których nie dotykał mężczyzna, jak dwa nieba, wtulone w ramiona. Masz dwa lata? Jesteś stara, skurczona, zmarszczki na twarzy pamiętają młodość? Czy otwierasz jeszcze gwiazdy? Zamykasz nadzieję, by nie rozhulała się marginesami łez? Od świtu do świtu, wytrzymać, ten napór, ten ogrom. Pszczoły też mają marzenia. Bądź jak pszczoła, Abude.

Abude, migoce powietrze na twej twarzy. Po policzkach spływają meteory. Jeszcze nie jest za późno. Zmieścimy się na ostatniej stronie, znajdziemy schronienie, pójdziemy spać na marginesie. Nie przebudzimy się już, bo księga jest dla sprawiedliwych, a my skąpani pożegnaniem życia. Teraz mamy po piętnaście lat. Jutro, jutro będzie zawsze, bez końca, bez-domne, jak opuszczona jodła. Jutro będziemy twarzą w twarz z najtrudniejszym słowem księgi. To jest nie do zniesienia.

Abude, nocą wyją rany. Kiedy ostatnia gwiazda ześle ukojenie, nas już nie będzie. A na twej piersi zaśnie poranek, dzień pierwszy. Pomiędzy mrokiem a mrokiem rozgrywa się opowieść, ta biała, ta przezroczysta, ta, której nie podlega świat. To ona opowiada o nas, o naszych wędrówkach po krawędzi zmierzchu, gdy pokonujemy każdy dzień. Każdy długi etap dnia, gdy po prostu znikamy za horyzontem. Nie będziemy już śpiewać. Potem tylko dzień.

  • Od czego zaczęła się opowieść?
  • Gdzie byłaś przy stworzeniu?
  • Abude, Abude, nie niszcz świata, może jeszcze ktoś go potrzebuje.
  • A paproć? Ta w lesie, nie zapisana jeszcze w przeoczeniu.
  • Zaproś mnie do lasu, tam, gdzie nie ma już drzew i rośnie ostatni cedr.

CZAS PYTANIA

CZAS PYTANIA

„Zyjesz w czasie stawiania pytan, ktore poddane sa probie.” – powiedzial ojciec.

„Jesli jestes pytaniem, nie zsylaj odpowiedzi.” – odrzeklem po chwili.

Twoje miejsce jest zajete. Na przekor wyrwanym jezykom, wylupionym oczom, odjetym slowom, stoj prosto. Patrz wrogowi prosto w oczy, bys nie musial niczego zalowac.

Istniejesz dzieki szorstkosci skory. Jak trawa, ktorej nigdy nie zniszczysz. Twoim swiatem jest to, co lezy poza horyzontem. Bys nigdy nie zapomnial, ze porzuciles Jeruzalem dla ladacznicy bez zadnych zasad.

A historia, ktora ci sie przytrafila, jest wolaniem sprzed tysiecy lat. Wolaniem, ktorego nie chcesz posluchac. Bo zapomniales jego jezyka.

Dokad idziesz, synu zapomnianych stronic? Nie zabieraj ze soba zlotego runa nicosci, ono poda ci dlon, ale wtedy niczego nie bedziesz widzial.

Czy to nie najwazniejsze, by nosic swe imie? W potwarzach chmur, w przeklenstwach deszczu. Przegrasz swe zycie, wedrowke, jutro o wschodzie ksiezyca. Podasz mu dlon, a on nie odda ci swiatla. Bo jestes wyczerpany stawianiem krokow po sciezce pytan?

Odpocznij w cieniu lipy, jutro pojdziesz dalej, by uciec od swej twarzy.

„Nie odwracaj sie. Glos nie wola. Znikniesz, nie zapisane beda twe czyny ni rozmowy. Czy to wedrowka po okregu jest twoim przeznaczeniem?”

Sciany budza cie do zycia, z czterech stron wokol glowy.

Mowia raz cicho, raz glosno glosem grudniowego snu.

Dopoki jestes, jestes ze mna, pobladly od zapachow slow.

Siedzisz przy biurku, stawiasz litery, z ktorych sklada sie najwazniejsze pytanie. Nie odpowiesz. Nie wiesz, po co to robisz. Odchylasz glowe w prawo, czujesz jak kropla potu splywa po prawym policzku, po lewym.

Czymze – mowisz –barwisz moja skore? Na niej zapisane sa wszystkie samogloski, ktore wypowiedzialo serce.

Poznaje cie, odrzeklem, po szelescie krokow, kiedy chce odroznic odcienie nocy. To ona zabrala mi imie, ktore mi dales. Juz nie wiem, czy pozostane fragmentem nigdy nie dokonczonego pytania, czy brudnym sladem po plonacym zeszycie.

Czas pytania jest dojrzewaniem do podjecia decyzji. Ponaglany przez bicie serca, odwazasz sie na to, co nigdy nie bylo mozliwe.

Zyjac w granicach mysli, tulisz do serca trawe, na ktorej spales, galazke wierzby, kamien, lezacy pod glowa. To daje ukojenie.

BARDZO, BARDZO CIEMNO

BARDZO, BARDZO CIEMNO

Bardzo kochala, bardzo sciemniala.

Jest moja ciemnoscia i chroni zycie przed upadkiem w przepasc.

Bardzo, bardzo ja kochalem.

Jawerla Czarna Galaz

Ciemnosc jest trudnoscia, ktora mozna pokonac. Wije sie pomiedzy palcami, dosiada umyslu. Mozna ja oswoic tylko jej wlasna bronia. To znaczy ciemnym zdaniem, inna zagadka, innym pytaniem. Twoj ojciec mowil: Synu, ciemnosc jest prawoscia smutku. Przyloz ja do rany, a odda ci serce. Ciemnosc jest wypowiadaniem rozlewiska pamieci; w kazdym jej zakatku pojawia sie piolun. Najpierw musisz wskazac dla niej miejsce, a potem bedziesz dzielil z nia sen.

Wszystko to wymiary zametu. Dlugiego, ciemnego jak trudnosc zapisu swiata. Jak dzwiek sczernialych sylab, ktore odmowily posluszenstwa fletni. To piesn palmy daktylowej, jest ona slodsza od zycia. Jonathan mowi, ze w niej zawarta jest cala madrosc nocy, ktora przyniesie o swicie ocalenie. Nie wierzysz? Nie wierz. Nie wierz ani drodze, ani prorokom, ktorzy glosza nadejscie dnia. Skoro wiedzie nas glos pisma, skoro powiedzielismy tak, to za chwile odplyniemy na fali ciemnych sylab.

Zobaczyles grusze? Widziales, jak zmienia smak latem, gdy zauroczyla pszczole? Ona wiruje i zapala ciemnosc w oczach. Az po koniuszek nosa. A w prawym uchu zakwitnie lisc. Nie odpadnie nigdy. Zawsze wierny, zawsze juz bedzie spiewac ciemnoscia gruszy, blogoslawienstwem ksiegi.

Jesli zdarza ci sie pomyslec, ze jestes zbawiony, to spojrz na niebo w nocy. To byc moze ostatnia chwila, zanim stoczysz sie w niepamiec. A potem bedziesz smierdzial wszystkim tym, czym ludziles sie za zycia. Bedziesz smierdzial watroba, ktorej powierzyles troski, sledzona, ktora pamietala pierwszy oddech, i zoladkiem, ktory przestal trawic jakikolwiek pokarm. Mozg jeszcze blyska ostatnimi myslami, ty plyniesz spokojem.

Rabbi, rabbi, co mowisz? Dlaczego wystawiasz na probe? Przeciez napisales, ze mucha nie zginie, ze bedzie zyc na krancach mysli. A czyz ma kto o nas pamietac?

„Gdy spiewasz ciemnoscia sylab, polykasz zycie, a ono da ci wytchnienie” – mowil Elialiel. Fale kolysza twe cialo podczas modlitwy do Tego-ktorego-nie-ma. Oddech przesyla slowa gorace jak zar poludnia, i uleci w niebo. Po chwili rozplynie sie w plucach i pozostaniesz sam. A w ustach poczujesz te sama grusze, ktora matka chciala oslodzic ci usta.

(„Dlaczego, dlaczego swit jest slodki?”)

(„Dlaczego sie ukrywasz, skoro jestes wszedzie?”)

(„Dlaczego spiewasz ciemnoscia ciala?”)

Mistrzu, jestes madry, a ja nie jestem ani Grekiem, ani Zydem.

Ze mnie tylko kawalek miesa i kosci.

JEHOSZUA I KSIEGA PYTAN

JEHOSZUA I KSIEGA PYTAN

 

Jehoszuo, twoja piesn to moja piesn. Jest starsza od twego krzyku, od bieli slowa. „Ty” zsylasz niekiedy wezwanie, by nie ulec  smierci. Jestes jak ziarna kawy, wiecznie niesyte zycia. Twe proroctwa byly ostrzezeniem, prawdziwym jak smak deszczu. A nikt go nie chcial wypic. Twe gluche palce wystukiwaly rytmicznie smak cierpienia. Nikt go nie zatanczyl, nie podal miecza, nastroil ucha.

Jehoszuo, wybacz, prosze jeszcze raz wypusc z ramion twe otwarte slowo. Moj krzyk bedzie cymbalami  i wrzosem na pustkowiu.  Pytasz, czy mozesz zapisac  moja rane, moja ksiege, ktora slepnie od smaku liter. Pytasz, wiec nie odpowiem. Posrod klamstw wieczornej zorzy, w legowisku klosow oddechu, jest ksiega, w ktorej zapisuje pytania do ciebie.

Jehoszuo, podales slowo ponad czasem, ponad cwierkaniem liter. Zapisalem je w ksiedze, gluchej na dzwiek znaczen, odglos ziarna. Otwierasz tylko rany, by przypiec je litera. Otwierasz brzuch i zadajesz gwiazde na oczy. Gdzie jest ma krew, ktora odplynela z ostatnim slowem? Czy bylem zdrajca i niewiernym podnozkiem twojego imienia? Milcz. Chwilami twych warg podnosze i obracam swiat.

(Dokad plynie twoje imie?

Dokad plynie ksiega?

Kiedy ujrze zaslubiny twych slow?

Kiedy zamilkniesz, wybuchna wulkany.)

Kim otworzysz ksiege, Jehoszuo? Kto wypije wiosne z twych slow?

Kim bedziesz, po zamknieciu strony? Czy wypijesz lato z kielicha stokrotek?

Kim bedziesz spelnial ofiare? Czy zapelnisz strone literami  krzyku jesieni?

Zima  bedziesz grzal dlonie w moim imieniu.

Jehoszuo, jestes mym przekresleniem i  otwarta rana. Wyrzucono cie z pamieci, a ty trwasz w odpryskach zdan. Tylko tych niewidocznych, o zapachu swiatla. Czy o tym wiesz? Czy mowiles do nikogo? A tlumy przeklinaly twe imie wraz z imieniem Sary, wraz z imieniem Marka. W powtorzeniu  nocy jestes tylko stukotem klawiatury o drzwi, ktorych nikt nie chce otworzyc.

„Zapomnienie jest udzialem wielu – mowil Rabbi Werto – lecz zapomniec  swiat jest niczym wobec zapomnienia ksiegi”.

Kim jestes piszac me slowa, Jehoszuo?